• Wpisów: 307
  • Średnio co: 5 dni
  • Ostatni wpis: 230 dni temu, 13:33
  • Licznik odwiedzin: 234 429 / 1571 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
wedkarz
 
                                           moje  Rekordowe leszcze
Pewnie, że zawsze chciałem złowić jak największego leszcza takiego, o którym mogłem tylko pomarzyć. Oj a moje marzenia i wyobraźnia są chyba bez granic, co do leszczy. Nigdy nie myślałem o pobiciu jakiegoś tam gazetowego rekordu, ale dokładnie wertowałem wszystkie informacje o tym gatunku w najdrobniejszych szczegółach. Nigdy nie ignorowałem i nie lekceważę i teraz żadnej informacji o leszczach złowionych przez wędkarzy. Czy to przypadkowy dwu kilowy leszcz złowiony przez dziecko na wakacjach w nietypowym miejscu jak plaża, czy też przez zawodowca na zawodach, któremu „weszły” kilowe leszcze w zanętę. Wszystkie takie wyczytane czy podsłuchane informacje robiły kocioł z mojego umysłu, a leszcze w mojej wyobraźni żyły i rosły w doświadczenie razem ze mną. Ciągle marzyłem żeby trzymać w rękach leszcza o wadze, o jakiej nie pisali jeszcze nawet w książkach. I przekonać innych, że te największe jeziorowe leszcze wcale nie są takimi samotnikami, a każdy z nich złowiony przeze mnie nie jest jeszcze tym największym. I tu chyba moja wyobraźnia przekroczyła rozsądek.
Na dzisiejszy dzień mam za sobą blisko 30 lat życia z leszczami ile pokoleń rozszyfrowałem nie wiem, ale ciągle sobie wmawiam, że te, które teraz szukam i próbuję się z nimi zmierzyć urodziły się tuż po mojej fascynacji tym gatunkiem. Nigdy nie doszedłbym do kryjówek tych największych jeziorowych leszczy gdyby nie młodsze pokolenie tego gatunku. To od sposobu życia mniejszych leszczy zacząłem szukać sposobu dotarcia do prawdziwych ryb, które tylko wiosną w maju widziałem jak próbowały się przewracać na powierzchni jeziora, ale niestety tym leszczom nigdy, to się nie udawało, bo były po prostu za ciężkie. Ale za to wkurzały mnie na cały przyszły sezon.
Niestety nie udało mi się złowić leszcza dobrze powyżej pięciu kilogramów w środku lata. Nie, dlatego że są takie nie do złowienia, ale specjalnie nie trudzę się w ich poszukiwaniu. Zlokalizowanie leszczy sześciu i więcej kilowych w letnim i jesiennym sezonie jest mniej możliwe niż trafienie w totka. Dlatego na te leszcze przeznaczam zawsze wiosnę a konkretnie to maj i kawałek czerwca - dlaczego? zaraz powiem, ale dlaczego nie w sezonie letnim, a już szczególnie jesiennym? Przecież teraz powinny żerować najintensywniej i złowienie sztuki ponad pięciu kilo powinno być naprawdę duże. Powiem szczerze jest to prawie nie niemożliwe. Dlatego prawie, bo są jeszcze tak zwane przypadki, ale ja za nie dziękuje.
Lato i jesień to naprawdę najintensywniejsze żerowanie leszczy no może z wyjątkiem lipca. I właśnie, dlatego, że leszcze bardzo dużo i często jedzą, dlatego gdy dobrze mam zanęcone miejsce to mam tam w ciągu dnia kilka roczników leszczy. Pewnie, że te wielkie gdzieś w pobliżu pływają, ale z kilku powodów nie dadzą się złowić. Przede wszystkim dlatego, że ryb w łowisku jest tak dużo przez cały prawie dzień i na pewno żarcia im nie starczy które ja przywiozę na łowisko, a przywożę tego naprawdę nie mało i nie byle co. Po drugie to wcale im nie spieszno do tłoku z takim doświadczeniem życiowym. A że nie mają już naturalnych wrogów (z wyjątkiem nas ludzi) potrafią żerować w miejscach gdzie sąsiadują nawet z wielkimi jeziorowymi szczupakami. Tylko że te żerują raczej w toni jeziora za sielawą i mniejszymi leszczami, a wielkie leszczyska pod nimi całkiem spokojnie ryją muł w półmroku głębiny jeziora.
Nie raz widziałem ich ślady żerowania na powierzchni jeziora w postaci wielkich bąbli wydobywających się w jednym miejscu. Zbliżony efekt wywołuje moja kotwica od łodzi, gdy spuszczę ją w muł w takim miejscu, a do tego trochę nią poruszam w tym mule. Bąble aż słychać na powierzchni Mój największy leszcz miał otwór pyska wielkości szklanki, a głowę prawie taką dużą a jak moja dodałem sobie do tego teorię ichtiologów, którzy mówią, że leszcz podczas żerowania potrafi wsadzić w muł i cały łeb w poszukiwaniu pokarmu no to moja kotwica robi w porównaniu tyle zamieszania w mule co łyżeczka merdająca w szklance herbaty. I chociaż latem i jesienią widzę czasami po kilkanaście takich zjawisk na małym obszarze to daję sobie spokój z zanęcaniem takiego miejsca, bo już i tak wiem że młodzież leszczy będzie już tu na drugi dzień po zanęceniu a po tygodniu czy nawet dwóch nie złowię tu leszcza większego niż dwa kilo. A te ogromne bąble mogę znaleźć całkiem w innym miejscu jeziora. Pewnie że nie znaczy to że są to te same ryby bo nie są w jeziorze jedynymi olbrzymami leszczowymi. Skąd wiem? od rybaków oni potwierdzają moją teorię bo w różnych rejonach jeziora czasami łowią w stawne sieci kilka leszczy po siedem i ponad osiem kilo mało tego czasami powiedzą i prawdę za coś w zamian. Nawet potrafią przywieźć i leszcza powyżej dziewiątki. Czyż to nie mobilizuje do marzeń.
Takie marzenia kręcą mnie jak cholera, gdy zbliża się wiosna, bo teraz ja jestem górą i mam wielkie szanse na leszcza marzeń - więcej na leszcze marzeń. Jeżeli oczywiście czegoś nie przegapię, a niestety często tak jest. I wtedy sobie zarzekam, że kolejnej wiosny tego błędu nie powtórzę. No ale niestety gdy przychodzi kolejna szansa leszcze zmieniają jakby zwyczaje i znowu zostaję wykiwany, ale z nowym doświadczeniem – jakim? A chociażby tym, że latem tych wielkich raczej nie zobaczymy jak się spławiają. Trzy, cztero kilowe leszcze to ryby marzeń każdego wędkarza i nie tylko spławikowego, a takie ryby często zobaczymy jak się przewalają na powierzchni na cichej tafli jeziora tuż przed wschodem słońca. Po kilku minutach potężne bąble wychodzą na powierzchnię i niektóre pękają od razu a niektóre płyną powoli w kierunku spławika i … nagle spławik unosi się pomału do góry…
Gdy nagle dwa metry za spławikiem w porównaniu do poprzednich ryb coś trzy razy większego wyłania się z wody pierwszy mój odruch to cichy okrzyk boże to leszcz i to jaki. Zapominam zaciąć brania, bo już nic się więcej nie liczy jak te które widziałem przed chwilą bo było ich ze trzy co się pokazały. Są tak blisko, ale dzieli nas jezioro i całkiem inny świat. Są tak mało ostrożne wiosną w pokazywaniu się na powierzchni, że aż do przesady kładą mnie na łopatki. Wiele lat myślałem, że jestem bez radny, ale role powoli się odmieniły. Bo jeżeli teraz tak wyraźnie się pokazują to i w żerowaniu mogą popełniać błędy. I popełniają i to bardzo duże jeżeli łyknę trochę biologii o tym gatunku i połączę to z moimi dotychczasowymi błędami wiosennymi.
Mimo wsypaniu do wody w ciągu tych lat chyba kilku ton zanęty i przeprowadzeniu sekcji leszczom od kila do pięciu każdej wiosny ignorowały mnie i zjawiały się w innej części jeziora. Z roku na rok zacząłem podejrzewać że one nie mają wcale swoich stałych tras spacerowych czy żerowych i to się szybko sprawdziło w praktyce. W porównywaniu pogody przez te wszystkie lata czy fazy księżyca i temperatury wody nic się leszczom nie powtórzyło z ich życia czy zachowania. One po prostu robiły co chciały żyły swoimi zwyczajami i wyglądało to tak jakby miały te wszystkie czynniki atmosferyczne gdzieś. Zawsze w maju lub na samym początku czerwca pokazują się na powierzchni blisko brzegu w ciche chłodne i bezchmurne poranki. Mimo że moim rekordowym dniem to był dzień w którym złowiłem trzy ponad pięciokilowe leszcze i jednego ponad siedem kilo to rozbieżność w wadze jest dla mnie zbyt wielka to i zwyczaje tych ryb są różne. I ten siedmio kilowy w moim łowisku nie był sam to wiem na pewno. Bo po kolejce pięciokilowych po krótkiej przerwie wziął ten największy potem już był stres i zbyt wielka samo kontrola i kolejne takie samo branie skończyło się zerwaniem ryby i kolejny błąd do poprawienia na ile lat – nie wiem ale cieszy mnie to że moje leszcze to nie przypadki. Na pewno się z nimi czyli z takimi powyżej siedem kilo jeszcze spotkam bóg jeden wie na którego jest już podpisany wyrok za ile lat nie wiem ale zrobię wszystko żeby być tym który go przechytrzy. Wierzę że kiedyś znowu nie popełnię błędu wiem na pewno że złowienie kilku a może i więcej sztuk tak wielkich leszczy jest możliwe.
W każdym jeziorze nawet tym „zachwaszczonym” przez rybaków wśród tych mnóstwa leszczyków żyją ogromne leszczyska z poprzednich pokoleń, które pamiętają rybaków, którzy dbali o jeziora i ich mieszkańców. Ogromne leszcze zawsze wiosną pokażą że one tu jeszcze są. Do dziś odwiedziłem kilkadziesiąt jezior w okolicach mojej gminy i czy są to duże głębokie rynny o krystalicznej wodzie czy popularne kilkuhektarowe miski to na mniejszych tylko wiosną mogłem się przekonać o żyjących w nich leszczach przekraczających wyobraźnię, ale nie rozsadek.
Wiosna wiosną, ale jednak najwięcej zgłoszonych jak dotąd okazów pochodzi z miesięcy letnich, a w szczególności z lipca. I jest w tym dużo prawdy, chociaż ta prawda jest trochę przypadkowa. Mam na swoich dużych jeziorach swoje miejsca pewniaki, gdzie w lipcu lecz nie prędzej jak w drugiej jego połowie leszcze jak na życzenie po trzech dniach sypania zaczynają wyżerkę ponad miarę swoją i mojej siatki. Już w drugim tygodniu nęcenia zaczynam pojedynczo targać z dna leszcze po pięć kilo i przy odpowiedniej pogodzie wyrwę ze trzy, cztery na dzień. I wcale nie są to żadne przypadki, bo każdy z nich jest porządnie obżarty moją zanętą. A tak samo jak każdemu wędkarzowi tak i mi apetyt rośnie bardzo szybko i zaczynam kombinować, co by zrobić żeby złowić jeszcze większe. Dni mijają a błędy się szerzą pazerność bierze górę i jest po rybach, bo … lipiec się skończył połowa sierpnia za mną a ja ciągle kombinuję, a większe gdzieś zniknęły i co dziwne zaczynają brać coraz mniejsze. W takich sytuacjach zawsze planowałem sobie, co roku, że więcej tego błędu nie popełnię. I w przyszłym roku już z tego pewnego miejsca się nie ruszę. A jednak się ruszyłem, bo nie miałem innego wyjścia.
Nie miałem wyjścia, bo wiosna czyli maj i czerwiec były tak chłodne, że leszcze nie wytarte do końca ani myślały o żarciu w lipcu. Zabunkrowały się gdzieś na jeziorze i Bóg jedyny wie gdzie i przeczekały chyba do kolejnego roku. Taka sytuacja łowienia olbrzymów w lipcu powtarza mi się co trzeci a nawet co czwarty rok. Ale nie musi to być żadną regułą, bo już trochę cwaniaków rozszyfrowałem i to właśnie w lipcu i to bez względu na to czy wiosna była zimna. Może i sam pan bóg mi dopomógł w tym, nie wiem, ale wiem, co wielkie leszcze jeziorowe robią w takich warunkach i gdzie się chowają. Znalazłem miejsca leszczy, który każdy co przepływa tą okolicą jest na pewno seniorem tego gatunku. Widziałem pojedyncze spławy leszczy, które chyba gdy wyłaniały się z wody ich cielska nie miały końca. Ale są to naprawdę pojedyncze sztuki, które widać na powierzchni wcale nie o świcie tylko w godzinach przedpołudniowych. Najczęściej jest to między godziną 9 a 11. dałem sobie wtedy spokój z pazernością i odstąpiłem od miejsc gdzie o świcie spławiały się codziennie ogromne ilości pięknych leszczy.
Na głębokości 13-15m gdzie spad schodził dalej stromo do ponad dwudziestu dwóch metrów i to w kierunku północnym już po trzech dniach sypania dostawałem po trzy sztuki pięcio kilowe. Po tygodniu łowienia w takim miejscu w głowie mam taki wulkan, że sam nie wiem czy to jawa czy sen. Chociaż nigdy w ciągu tego tygodnia nie złowię więcej niż trzy no czasami, ale rzadko cztery sztuki, ale nie trafiłem nigdy na mniejszego jak pięć równych kilo. I tu panuje reguła pierwsza, z którą się spotkałem w świecie wielkich leszczowych seniorów. Bo jeśli przez kolejne trzy dni nie złowię żadnego a moja cierpliwość wytrzyma to nagrodą będą leszcze kolejnego rocznika, czyli miedzy 6, a 7 kg i nie będą to żadne samotniki. Jednak ciągle mam w uszach tą książkową teorię, że największe jeziorowe leszcze pływają samotnie to, co będzie jeżeli w takim moim miejscu wytrzymam jeszcze kolejne kilka dni…
A ja jestem uparty wytrzymałem prawie 30 lat to co mi tam kolejnych tyle. Przeorałem dno w jeziorach bardziej niż były PGR swoje role w poszukiwaniu czegoś co by dać rybą do zanęty do której by leciały jak oszalałem na pewniaka. Wiedziałem, że musi to być coś, co ryby znają od urodzenia bo wśród takich zapachów i smaków pływają . I udało się po tylu latach wąchania i smakowania mułów i wszystkiego co żyje w jeziorze zrobiłem sobie swój dodatek do zanęty do przynęty do czego wszystkie ryby jeziorowe lecą bez wszelkich zastrzeżeń. Jest to mój „smrodek” a nazwałem to atraktor-dip bo nadaję się do wszystkiego i jak się okazało wędkarze łowią też dzięki niemu sumy, węgorze czy sandacze, ja takich ryb nie łowię bo ich w mojej okolicy nie ma, ale za to mam w swojej gminie 33 jeziora i to jakie. To co będę szukał tego co mam pod nosem a mam raj wędkarski. Ogrom wędkarzy już się przekonało jaki wędkarski raj jest w okolicy Przechlewa i przejeżdżają do mnie na gotowe łowiska przez cały rok z zimą włącznie.
Chcesz sprawdzić dipa zamów telefonicznie lub przez allegro strona wędkarstwo, zanęty. A może chcesz powędkować wspólnie z przewodnikiem.                                                                                
                                                                                              Bogdan Barton
Pokaż wszystkie (1) ›
 

wedkarz
 
Od dłuższego już czasu sprawdzam jeszcze różne inne dodatki do zanęt i przynęt. Cały czas szukam wśród tych kupnych takich, które będą mi zapachem przypominać moje stare sprawdzone smaki i zapachy. Chociaż mój smrodek sprawdził się w 99% łowisk w różnych stronach kraju, to jednak mam taki charakter że cały czas lubię eksperymenty. To co sam wąchałem i smakowałem przeszło już nawet moją wyobraźnię i nie wierzę czasami samemu sobie że to robię. Ale lubię to i nic nie poradzę. Znam ryby bardzo dobrze, dużo już pisałem przez te kilkanaście lat w Wędkarzu Polskim o tym, co, jak i kiedy ryby jedzą. Na przykład jak znalazłem tzw cmentarzysko małży na końcu stromego spadu góry podwodnej, a tam własnie żerowały największe jeziorowe leszcze. i żerowały właśnie na tych martwych małżach. To co zrobić żeby znaleść taki sam cuchnący zapach i smak żeby zachęcić wielkie stare ryby do żerowania w moim łowisku. Wiem że są na rynku różne smaki i zapachy małży, oj wsypałm ich trochę do moich wiader z futrem. Jakiś czas temu dostałem pewną próbkę też takiego koncentratu małży i jak otworzyłem pojemniczek i jak mi zajechało to od razu wiedziałem że to mój zapach i czułem się jak w domu. Tylko czy się sprawdzi nad wodą. sprawdził się w każdym łowisku i zadziałał na duże ryby. Szybko też wysłałem moim kolegom po kiju specą od karpi no i jest fajnie bo napisali - bodzio capie jak cholera a karpiska zgłupieli.
Wiem, że wielu wedkarzy z niedowierzaniem podchodzi do różnych aromatów i zapachów na ryby, ja też, ale też do mojego dipa lubie dodawać też inne smaki np takie zapachy jak kolendra, piernik (dzięki któremu w połaczeniu ze smrodkiem złowiłem moje rekordy) Zapach róży który rewelacyjnie mi się sprawdził na mniejszych zbiornikach na których łowił piękne karasie, liny i karpie, ale tylko w cipłej porze roku. w chłodnej porze roku ten zapach nie spisał się. Dostałem też do przetestowania dwa lata temu od producenta takie dodatki jak różne mieszanki SKOPEX no nie powiem leszcze szybko reagowały na te zapach. zacząłem też mieszać z dipem i nic nie zaszkodziło w te mieszankę wchodziło dużo ryb śreniej wielkości.Najlepsze efekty ze skopexem miąłem kiedy do zanęty dodałem mój smrodek, a do ciasta jako przynęty skopex, bo nie wiem co było ale brały leszcze i po 4kg. płocie słabiej na to reagowały w zanęcie, ale delikatnie skropiony łubin, czy kukurydza to płocie już reagowały dość dobrze.Takich smaków i zapachów mam sporo w swoim praktycznym arsenale i chciałbym przekazywać wędkarzom te, które się najbardziej sprawdzają na różnych łowiskach. W tej dziedzini mam ten komfort jako przewodnik, bo jestem bardzo czesto nad wodą i na rybach.Takie "PEWNIAKI" będe się starał wystawiać na aukcjach na allegro. Jeżeli macie swoje ulubione piszcie a ja poszukam sprawdzę i napiszę szczegółowo jak dzieła, gdzie  jakiej wodzie w jakiej temperaturze.
Od siebie dodam że kżdy nowy dodatek zawsze sprawdzam w połaczeniu z moim dipem i nie chcę się chwalić ale jakby to dawało jakiegoś kopa rybą w różnych warunkach atmosferycznych, nawet w tych kiedy ryby mają dużego lenia...
 

wedkarz
 
                                       Tropienie leszczy
Wyśledzenie leszczy na jeziorze nie należy do najłatwiejszych spraw, ale też nie jest takie trudne, ale za to jest wspaniałą przygodą a często i jak się to już po części uda nawet zabawną. To że naprawdę mało wędkarzy interesuje się obserwacją wody przekonałem się wielokrotnie. Każdy ma tam na jeziorze swoje tajemne miejsca i albo dziś będzie ryba brała albo nie. Osobiście mam inne zdanie o czym przekonało się wielu wędkarzy którzy łowili obok mnie kiedy zanęciłem leszcze.
W drugiej połowie lipca, kiedy leszcze się porządnie wytarły i ruszyły całą artylerią na wyżerkę wyśledziłem wielkie ich ilości na północnym brzegu jeziora. Daleko od brzegu przez kilka dni z rzędu widziałem ogromne ilości bąbli na wodzie. Bąble te były mi od razu podejrzane jakby to były bardziej linowe niż leszczowe. Ale od razu przystąpiłem do sypania co na trzeci dzień już dało fajne efekty, bo w siatce miałem kilka leszczy powyżej dwóch kilo. Z dnia na dzień brały coraz większe a tych mniejszych było coraz więcej. Także leszcze po półtora kilo stawały się w porównaniu do tych które były już w siatce małym przyłowem i od razu wędrowały za burtę
Tak jak i leszczy podchodziło coraz więcej tak i z dnia na dzień przybywało wędkarzy na łodziach. Po dwóch tygodniach stało już chyba osiem łodzi dookoła mnie. Dzięki bogu, że żadna z łodzi nie wypływała do przodu tak na wysokość spławików innych wędkarzy. Wszyscy stali w jednym rzędzie jak flota marynarki wojennej ja w swojej łodzi stałem na samym końcu i wcale taka frekwencja mi się nie podobała. Ale każdy chciał połowić takie potężne leszcze i nikomu nawet nie przyszło do głowy ile mnie to kosztowało żeby znaleźć odpowiednie miejsce i zanęty. Dla nich leszcze po prostu tu biorą i tyle. Ale to się odbiło na moich sąsiadach, którzy już po tygodniu zaczęli marudzić i się domawiać, dlaczego u nich biorą tylko do wschodu słońca. A po wschodzie wszystkie ryby przychodziły do mnie.
Nikt nie zwrócił uwagi na pogodę, nikt nie obserwował wody tylko swoje i przede wszystkim moje spławiki. Przez miesiąc utrzymywała się bezwietrzna i słoneczna pogoda. Nikt nie siedział nawet rozebrany żeby się poopalać, bo byłoby to niebezpieczne. Czapkę i koszulkę, co chwilę moczyłem w wodzie i zakładałem na siebie, a leszcze? Brały i to takich rozmiarów, że inni wędkarze na łodziach przekrzykiwali się, kto ma rację, kiedy oceniali kolejnego holowanego przeze mnie leszcza. W takie upały przypływali na łowisko chyba jeszcze w nocy, bo kiedy ja przyjeżdżałem widziałem z daleka już kilka łodzi i wędkarzy z rozłożonymi wędkami. Gdy na powitanie zapytałem o wyniki to, co dziennie to samo kilka kilówek na razie. Drudzy krzyczeli, że nie na razie tylko na tyle, bo już Barton przypłynął. I zanim słońce dobrze oświetliło wodę starali się jeszcze wykorzystać każdą minutę.
Kiedy jednak ja zacząłem schylać się w łodzi, żeby zanętę moją zwilżyć głośno twierdzili no Bogdan już swoje dodaje możemy się zwijać. Nikt nie zapytał, co robię, chociaż widzieli, że ręką dolewam wody z jeziora. Ale kto by w to uwierzył mimo, że nie jednokrotnie mówiłem. Nigdy nie zarzucałem prędzej wędek dopóki nie wyczytałem z wody, co się tam dzieje gdzie są leszcze skąd napływają i dokąd płyną. Na tak cichej od rana wodzie widać dokładnie wszystko.
Jeszcze przed wschodem słońca leszcze średnich roczników żerowały na dnie dlatego wędkarze którzy już cicho stali na łowisku jeszcze przed świtem załapali się na kilka sztuk. Widać to było po bąblach jakie wychodziły na powierzchnię po kilkanaście w jednym miejscu były to bąble różnej średnicy. Lecz kiedy słońce już oświetliło tę część jeziora te bąble znikały całkowicie. Przez około godziny na wodzie nic się nie działo nie było ani bąbli ani żadnych brań u moich towarzyszy. I teraz ja wchodziłem do gry mimo, że ciągle wędki miałem w łodzi nie zarzucone nikt nie mógł tego zrozumieć. Pierwsze bąble na wodzie widziałem przeważnie w okolicach łowiska moich towarzyszy i na wprost mojego miejsca lecz daleko na wodzie. Dokładnie wiedziałem, co oznaczają te bąble bo właśnie te były w bardzo dużych placach bo nawet po kilkanaście metrów kwadratowych. Małe linowe bąbelki, ale niektóre potężne wielkości szklanki, lecz nie w jednym miejscu tylko układające się rzędami.
To wielkie ilości leszczy ruszało na żer, a raczej chyba czekało na żer ode mnie. Czekało i ciągle napływało, lecz nie przy dnie tylko w toni i to na głębokości czterech metrów od powierzchni, a do dna jest tu 12m. Dokładnie obserwowałem gdzie jest najwięcej tych największych bąbli i czy czasami nie przesuwają się w stronę otwartej wody. Lecz najważniejsze było to skąd ich najwięcej napływa. Jak zobaczyłem kilkanaście metrów od moich kolegów wielkie bąble przesuwające się bardzo pomału. To zdębiałem i gdyby oni wiedzieli jakie ryby mają w zasięgu wędki…
Teraz była moja kolej do zanęcania i to właśnie mokra zanętą, która zostawi w wodzie dużo zapachu w postaci smugi, a tłusta śruta sojowa długo opada i zwabia leszcze do makaronu. Już po dwóch, trzech minutach po zanęceniu widziałem jak bąble zaczynają się schodzić w pobliże mojego łowiska. Zawsze dla pewności żeby leszcze wiedziały gdzie jest dobra droga do żarcia w toni sypnąłem po dobrej garści dookoła łodzi. Jedną wędkę kładłem na samo dno, a drugą z ustawionym gruntem na cztery metry zarzucałem jak najdalej od łodzi. Na początek zakładałem białe robaki, ale już mi serce latało, bo widziałem po bąblach jakie mogą być leszcze w moim miejscu. i nic się nie myliłem. Pierwsze branie i leszcz ponad dwa kilo no to dość sentymentów i zakładam makaron na hak czyli porządne kolanko. Rzut i po wyprostowaniu się spławika chwila ciszy lecz widzę potężne bąble wiem to nie z dna tylko jakieś leszczyska się przemieszczają bardzo pomału. Lekko podciągam zestaw i od razu spławik ginie pod wodą zacinam i aż mi kija odbija z powrotem. Przez kilka sekund leszcz stoi ustawiony w poprzek do mnie cwaniak wiem, ale znam już te numery. Leszcz około czterech kilo zbliża się do łodzi musze mu całą dłoń wsadzić pod skrzela i z oporem wciągam do łodzi oburącz wkładam do siatki. Przez godzinę kilka sztuk po dwa i pół do trzech kilo i przerwa.
W miedzy czasie osiem lodzi obok, a na nich wędkarze nie mieli ani brania. Tak samo jak ja na drugą wędkę, którą mam położona na dnie nie chcę celowo łowić z toni na dwie wędki ze względu na zdrowie moich już tylko kibiców na sąsiednich łodziach. Ale nagle słyszę jak ktoś wrzeszczy do kolegi na łodzi żeby przygotował podbierak. Po kilku godzinach bezrybia nagle ryba i to wielka nic dziwnego, że wprawi w przerażenie i zaskoczenie aż po okrzyk radości i nadziei. Ale zdziwienie wędkarza jest tak wielkie, że głośno się tym dzieli, bo tak wielki leszcz a chyba go pogięło bo wziął mi kiedy zestaw nie doleciał jeszcze do dna. Co to jakiś odmieniec od gatunku?, ale próbuje dalej i nic, a był tak blisko.
Po krótkiej przerwie i kolejnym zanęceniu i dodaniu całego słoiczka smrodka do wiadra z futrem, ponownie zabąblowało u mnie, ale już się nie bawiłem w inne przynęty niż makaron. Po trzecim czterokilowym leszczu pęka mi żyłka główna podczas zacięcia wiem to już przetarta od takich obciążeń, ale moich towarzyszy wyprowadza to z równowagi zaczynają się zwijać. Został tyko mój teść dziadek Franek, który mi codziennie towarzyszył i pomagał wpakować siatkę z leszczami do łodzi.
Nie pomagały w dalszym ciągu przekonywania wędkarzy, że to nie jakaś cudowna zanęta,(no może trochę załatwiał mój smrodek) lecz tylko wystarcz obserwować wodę. Niestety nikt w to nie uwierzył i nadal twierdzili, że mam jakiś cudowny dodatek (noooo miałem też). Ten niby cudowny dodatek niektórym musiał dać się we znaki, że nie mogli nawet w nocy spać. Kolejnego dnia kiedy przyjechaliśmy z dziadkiem Frankiem na ryby nie zjeżdżaliśmy samochodem pod sama wodę gdzie stały łodzie tylko zostawiliśmy go dalej na drodze z względu na mokra trawę po nocnym deszczu. Już kilkadziesiąt metrów od jeziora słyszę, że ktoś się kreci przy łodziach. Tym razem się wkurzyłem i już byliśmy blisko, kiedy ja cofnąłem się żeby poszukać porządnego drąga, który będzie lepszy od policjanta. Mówię już pewnie do dziadka dawaj idziemy lecz dziadek rozsądniejszy i bardziej opanowany mówi poczekaj coś jest nie tak. W twojej łodzi jest dwóch facetów, ale chyba nie chcą ci łódki świsnąć. Przykucnąłem pod wielkim bukiem kilkanaście metrów od łodzi i chociaż jest jeszcze trochę ciemno widzę i słyszę wyraźnie co robi dwóch facetów w mojej łodzi. Oby dwoje na klęczkach zbierają wszystko co zostało w łódce od wczoraj i smakują mimo, że jest prawie ciemno. Słychać było tylko pytania czujesz coś? Co to za smak? Boże kochany chociaż bardzo chciało mi się śmiać, ale przede wszystkim było mi naprawdę żal tych chłopaków. Nie zdradziliśmy z dziadkiem swojej obecności, bo wiem jak by się czuli ci wędkarze poczekaliśmy aż sami odejdą.
Po tygodniu zrezygnowałem z tego miejsca, bo chyba odkryłem źródło ropy. W moim miejscu zaczęły się wydobywać na powierzchnię duże kręgi tłustej kolorowej substancji, a po trzech dniach wędkarz który stał najbliżej mnie zahaczył coś bardzo ciężkiego z dna, a że nie był w ciemnie bit od razu stwierdził że to nie ryba. I rzeczywiście, bo była to duża torba plastikowa (reklamówka) Szczelnie zawiązana lecz z dziurami po bokach z których pomału sączył się rzadki smar maszynowy, kolega tylko krzyknął, który h… taki mądry. Cóż mogłem zrobić podziękowałem za towarzystwo i naprawdę po raz kolejny było mi żal tych wędkarzy, bo wiedziałem, że tym razem nikt tu nie połowi już w tym sezonie. A ja przeniosłem się w inny rejon jeziora gdzie też zaobserwowałem przepływające w toni stada leszczy.
Ale był też oznaki żerowania i to bardzo intensywnego na dnie. A że była to już pierwsza połowa września no to może być tu ciekawie. Lecz kiedy zmierzyłem głębokość zaniemówiłem, bo było tu 18m coś tu nie gra coś musi być w pobliżu. Dwa dni poświęciłem na sondowanie i to ciężarkiem od kotwiczenia łodzi. Potężne krwawiące bąble na dłoniach od linki na końcu, której było kilkunastokilowe żelastwo. To nic względem tego, co się dowiedziałem po przesondowaniu chyba dwóch kilometrów kwadratowych.
Moje przypuszczenia po raz kolejny się potwierdziły, bo od miejsca gdzie było najwięcej bąbli jakieś sto pięćdziesiąt metrów jest znaczne wzniesienie dna. Znaczne, bo w najpłytszym miejscu jest 8m, a w przeciwnym kierunku na odcinku około 100m od tego wzniesienia jest już 17m i dalej ostro podchodzi do górki podwodnej, której szczyt jest na głębokości 1,5m ciekawe co? Mam gdzieś kierunki świata od razu wale zanętę w tym wąwozie na głębokości 15m na spadzie z wzniesienia z ośmiometrową głębokością. Także górkę podwodną mam przed sobą oczywiście daleko, bo jeszcze tam gdzie miałem zamiar rzucać zestawy jest ciągle spad do 17 metrów. Miejsce gdzie było tyle bąbli na razie zostawiłem w spokoju, wiem, że gdzieś blisko są leszcze o jakich się jeszcze mi nie śniło. Tamte bąble to za duża mieszanina roczników. Czy trafię czy zmarnuje piękny wrześniowy okres? Już wkrótce miało się to okazać i to z przerażającym skutkiem.
Na pewno nie wybrałbym tego miejsca gdybym wiedział, że między górkami nie ma więcej niż 100 no może i 200m odległości, bo są i takie miejsca na wielkim jeziorze. Lecz na tak stromych spadach mogę się spodziewać jedynie wielkich drapieżników. Jeszcze trochę i na nie mam swój okres i na pewno kilka z nich spodka się ze mną tej jesieni i w tej książce trochę cierpliwości, to przecież nasza wędkarzy zaleta. Moje wybrane miejsce między górkami no może nie całkiem między górkami, bo między wzniesieniem dna, a górką to odległość jakieś kilka set metrów. Trudno na wodzie określić odległość lecz przypuszczam, że to jakieś trzysta metrów może trochę więcej. W każdym razie na pewno nie mniej.
Zanętę rozsypałem bardzo szeroko na 15 metrach głębokości, lecz łodzią będę miał zamiar stać płycej tak na między trzynastym, a czternastym metrem. To odległość spławików od łodzi to gdzieś kilkanaście metrów. Nie zanęcam już teraz daleko od łodzi, bo wcale to nie potrzebne, a wręcz utrudnione będzie łowienie. Na takiej głębokości śmiało mogę już i zanęcać i łowić nawet przy samej łodzi. Ale na krótką wędkę jeszcze czas. Złapałem się na tym że w tym pełnym nadziei miejscu nawet nie poczekałem żeby sprawdzić czy coś tu bombluje. Sprawdziłem tylko czy po wpuszczeniu ciężarka i poruszaniu nim w mule wyjdą na powierzchnię porządne bąble. Walnęły na powierzchni bąble jak pięści aż zrobiło mi się miło jak ja to lubię. Tu wiem, że nawet najdelikatniejsze leszcze, które będą zbierały zanętę bezpośrednio z dna i tak zostawią po sobie ślady w postaci bąbelków. Nawet taka zanęta jak pęczak, czy mój ulubiony obłuszczony owies zawsze trochę się zamuli, a to wystarczy żeby leszcze ruszyły osad.
Pęczak, owies, makaron to pierwsze, co poleciało do wody przez dwa dni, ile tego było? Jakieś po kilkanaście kilo dziennie. Trzeci dzień próbuję łowić i już pech, bo wiatr z północy wieje jak cholera, a z zachodu wędruje znowu nie przyjemny front atmosferyczny. Rezygnuję z łowienia i nawet z sypnięcia, bo strach wypływać łodzią na takie fale. Jednak wcale się nie martwię, bo wiem co będzie jutro po takiej dzisiejszej pogodzie po prostu będzie super wczesnojesienna pogoda.
Z zachodu pcha się kolejny front, a przy takim wietrze z północy może oznaczać tylko jedno. Właśnie z północy wyjdzie zimny wyż i już w nocy rozpogodzi się do zera, wiatr się całkowicie uspokoi, o świcie mogę się spodziewać nawet przymrozków. Jak ja lubię taką pogodę jesienią. Nic się nie pomyliłem bo już rano jeszcze przed świtem byłem na łodzi i pomalutku wiosłowałem na nowe miejsce. Jezioro jak stół w ręce zimno jak diabli, lecz ja ciągle zerkam we wschodnim kierunku na najjaśniejszy od porannego blasku obszar jeziora. Na tym tle wspaniale widać jak całkiem cichą taflę wody co jakiś czas rozpruje wielkie czarne grzbiecisko leszcza. A powiększającym tłem jest jeszcze lekka para unosząca się nisko nad wodą.
Mimo tak cichej wody w moim nowym miejscu z rana nie widzę żadnych oznak życia ryb. Wiem z praktyki, że pierwsze bąbelki na wodzie w zanęconym miejscu przeważnie pokazują się dopiero po wschodzie słońca więc jeszcze mam cichą nadzieje. Do południa moja nadzieja trochę przygasła, bo złowiłem jednego na białe z dna i to taki około kila, a kilka malutkich z toni. Nic mi nie było szkoda jak tak pięknej pogody, ale nic nie należę do tych, co tak szybko się poddają. Kolejny dzień przede mną i super sprawa pogoda bez zmian i kilka kolejnych będzie też takich samych pięknych słonecznych dni z bardzo chłodnymi nocami. Pod koniec tygodniówki w tym miejscu pełnym nadziei ja byłem coraz bardziej bez nadziejny. Kilka kilówek z dna i kilkadziesiąt toni jak zwykle ta metoda okazała się skuteczniejsza i w liczebności i w wielkości leszczy. A co z moimi wymarzonymi z wymarzonego miejsca? Tyle makaronu i innych dodatków i co się z tym stało tam na dole?
Postawiłem leszczom i sobie warunek, że jeszcze tydzień i fajrant. Chyba się wystraszyły, bo na drugi dzień dostałem trzy po kolei od trzech do trzy i pół kilo. Trzy po kolei to nie przypadek już tego mi nikt nie powie. Od następnego dnia do wody poleciały grubo krojone ziemniaki i to w dużej ilości, bo jakieś pięć kilo na raz i tak przez kolejny tydzień codziennie. Oczywiście oprócz makaronu i owsa te składniki są zawsze w moim, a raczej leszczowym składzie menu. Przez kolejne dwa dni byłem z dna bez brania tak to nie żart dosłownie bez żadnego brania. 99 procent wędkarzy by już dawno zrezygnowało z takiego miejsca. Ale ten jeden procent to właśnie ja i mój instynkt podpowiadał mi coś innego co?
A to, że znam cwaniaków długo i to bardzo długo i wiem, ze jeżeli w takim miejscu zaczęły brać pojedyncze kilówki, to wiem na pewno, że wielkich leszczy akurat tu nie ma i mimo że nie jest to miejsce dla mniejszych ryb tego gatunku to są one wszędobylskie. I nawet w nietypowych dla swego rocznika miejscach nie podarują taniej i łatwej wyżerce. Ale gdy nagle brania się urwały w ogóle to mogło świadczyć tylko jedno, że wróciły tu ryby dla których ten rejon jeziora jest ich miejscem. A te trzy leszczyska, co się tu nie przypadkiem trafiły, też postanowiły szybko skubnąć coś za darmo. Stare i doświadczone to ryby, i dlatego doskonale wiedza, że jest taka kolej rzeczy, ze zawsze młodszy musi starszemu ustąpić. Skąd to wiem po prostu tak jak one leszcze z praktyki.
Dwie wędki od dwóch dni leżą na dnie na jednej ziemniak na drugiej makaron i … i nic. Wiem, że ziemniaki na pewno się zamuliły, ale to dla leszczy żaden problem, a i bąbli nie widać żeby je szukały. Czasami za długo na łowisku myślę i przegapiam to co się dzieje dookoła, a nagle kilka metrów od łódki wyskoczyły na powierzchnię małe bąbelki i to długi sznureczek. Już chciałem pomyśleć, że teraz brakuje słupa bąbli tuż obok, gdy chyba kilkaset bąbli zaczęło walić do góry jak w gotującym się parowniku woda. za chwilę kilka metrów dalej to samo, i w prawo to samo pod samą łodzią też bąble walą w burtę. Daleko za miejscem nęcenia wielkie place drobnych bąbelków świadczą o tym że ryby napływają tu coraz liczniej. Oj pomyślałem już teraz bardziej realistycznie, to ciężka artyleria wraca do obozu. Tylko to możliwe żeby w takie liczebności. Jeszcze tak nigdy nie przeżywałem takiego podniecenia w oczekiwaniu na pierwsze branie. Jedno chociaż to jedno dla sprawdzenia.
Spławik drgnął mnie zamurowało, spławik stoi dalej bez ruchu ja też jak kołek tylko, że siedzę i do tego mocno wyprostowany. I się stało spławik się lekko unosi, a ja chyba razem z nim nie czekam nic zacinam – pudło. To nic nie poczułem ryby to było na makaron powtarzam tylko że tym razem dokładam dwa białe robaki potem za nimi makaron nigdy nie odwrotnie. Tak że najpierw makaron a potem na ostrze haka białe, bo wszystkie ryby będą schodzić. Zestaw już leży na dnie i od razu spławik robi lufę do góry wolno ale zdecydowanie. Zacinam kiedy już cała antena jest u góry ogarnia mnie strach, bo stanowczo za późno, ale to już nic poczułem tylko zatrzymanie kija i wielkie walnięcie w dno, że mało mi kija z ręki nie wyrwało. Ale coś holuje do góry wiem że to coś to na pewno leszcz tylko jaki. Gdyby nie to walnięcie w dno od razu po zacięciu to wiedziałbym, że przynajmniej czwórka, ale tak waliły mi w dno moje największe leszczyska w życiu. Znowu za dużo myślę, bo to coś co zobaczyłem na powierzchni przyprawiło mnie o dreszcze. To coś to oczywiście leszcz, który leży na boku i głowę ma chyba taką jak moja. Haczyka nie widzę to źle bo chociaż jest głęboko w pysku, to właśnie dla tego może się łatwo wyhaczyć. Podciągam go pod burtę przeżegnałem się chyba już po raz trzeci podczas tego holu i chwytam leszczysko pod skrzela jedną ręką i szybko odkładam wędkę żeby pomóc sobie drugą ręką. Ledwo go wciągnąłem ale już był mój ile ważył nie powiem bo nie był ostatni w tym dniu. Złowiłem jeszcze dziesięć podobnych i musiałem ponownie się z nimi namęczyć żeby wyjąć je z siatki do łodzi, bo siatki razem z leszczami nie miałbym szans wtargać do łodzi.
Jeszcze trzy dni w wąwozie łowiłem kartoflane leszczyska, bo tak je nazwałem dlatego że były dosłownie obżarte ziemniakami. Na drugi i trzeci dzień mimo, że brania były nadal z dna to te cwaniaki nie zostawiały na wodzie żadnego śladu w postaci bąbli. A ja już wiedziałem, że szykują się na jakiś wypad poza to obozowisko. Tu się na razie objadły i już im się nie chce chyba ryć za kartoflami w mule. A co jakiś czas któryś zjadł to coś co leżało na wierzchu czyli ziemniaka lub makaron który dopiero co zarzuciłem. Nie zrezygnowałem z tego miejsca jeszcze przez tydzień, bo jeżeli się nie pomyliłem, to scenariusz powinien się powtórzyć lecz tym razem od tyłu. I też tak było i to dokładnie. Po tygodniu łowiłem leszcze do kila i już tu właziły szczupaki. Dokładnie wszystko zanotowałem żeby niczego nie przegapić kolejnego roku
 

wedkarz
 
                                                            Przyłowy I
Dziękuję bogu i sobie, że tak bardzo zafascynowałem się właśnie leszczami. Bo gdyby nie zdobywanie doświadczeń jak złowić najwięcej wielkich leszczy to nie poznałbym starych i wyrośniętych nadzwyczaj innych gatunków ryb z jezior. W dalszym ciągu twierdziłbym np. co ma lin do leszcza? No, bo, co może mieć wspólnego ryba żyjąca wśród roślinności w wodzie nie głębszej niż 2m do leszczy, które łowi się przecież na otwartej wodzie i to czym dalej od brzegu tym lepiej i czym głębiej tym lepiej. Dziwnie brzmi żeby miały coś wspólnego i jakie to każdemu wędkarzowi bliskie. Dalszy przykład na razie, co do lina – dlaczego tak często się dziwimy, gdy ktoś zgłasza lina do gazetowego rekordu, który został złowiony na głębokości 5-6m. Przeważnie i łowca i czytelnik twierdzi że to przypadek nie zastanawiając się więcej nad tym. Osobiście powiem, że wcale to nie przypadek, że lin takich rozmiarów zawędrował tak głęboko. Właśnie moje życie z leszczami udowodniło mi to gdzie naprawdę szukać wielkich doświadczonych życiem i bardzo ostrożnych ryb. Komuż mam więc wierzyć naturze czy książką napisanym kiedyś przez niby wędkarzy którzy coś tam widzieli i posłyszeli od innych.
Szczupak, płoć, okoń no czasami prześliźnie się jakiś węgorz na rosówkę, to gatunki, które nauczyły mnie poznawać tajemnice jeziora i życia wyrośniętych okazów ryb a co najważniejsze nauczyły mnie pokory i szacunku. Przy leszczu traktuje je oczywiście jako, przyłowy, ale z wielkim właśnie szacunkiem. Dzięki nim mogę sobie ustalić pory roku więcej i okresy bezrybia leszczowego, podczas którego na pewno nie będę się nudził. Już wiem, co powie niedzielny wędkarz, czyli ten, co cały tydzień pracuje i chciałby sobie połowić cokolwiek. I ja teraz mam pytanie, dlaczego to cokolwiek nie może być wielkimi i pięknymi rybami? Dlaczego nagrodą za ciężką całotygodniową pracę ma być kilkanaście płotek czy ogonków na patelnie, które zmieszczą się na tej patelni wszystkie na raz? Dlaczego nie mogą to być ryby które przed usmażeniem przejdą z nami sesje zdjęciową dla upamiętnienia właśnie tego weekendu? Nie wierzę w to, że wyjeżdżając na ryby taki niedzielny wędkarz nie ma w sercu i w wyobraźni cichej nadziei, że może się trafi wielki okoń, szczupak, a może lin i węgorz razem… zapewniam, że – pewnie, że może.
Ci wszyscy, co czytają w czasopismach wędkarskich rekordowe zgłoszenia i dla własnej korzyści analizują je doskonale wyciągną wnioski i mogą powiedzieć, że każdy złowiony w jeziorze okaz to ryba złowiona daleko od brzegu i na znacznej głębokości. Dobra nie sto procent, kilka procent zostawmy na przypadki. Takie niespodzianki też przecież cieszą. A leszcze ile jest zgłoszeń na pewno dużo mniej niż szczupaków i okoni a już na pewno o wiele mniej niż karpi. A niby takie łatwe do złowienia, bo żerują prawie cały rok, no właśnie to prawie. Co właśnie robię, gdy nastąpi to prawie? Po prostu idę na inną rybę…
Bardzo wielu wędkarzy dziwi się i często mawiają, że jestem aż tak bardzo zafascynowany leszczem. Mawiają miedzy sobą, że Barton to widzi tylko te leszcze czy mu się to nie znudzi? Powiem, że jest to też trochę zazdrość, bo myślą sobie po cichu, co będzie, gdy zacznę nęcić i nie złowię nawet kilowego leszcza to dopiero będzie kompromitacja i dają sobie spokój. Ale w zamian, gdy co roku dowiadują się, że złowiłem znowu ogromne szczupaki, płocie czy ogromne liny to kwitują krótko, że Barton ma po prostu szczęście. Pewnie, że mam szczęście i to duże a to tylko, dlatego, że tak bardzo zafascynowałem się jednym gatunkiem. A że to właśnie leszcz zauroczył mnie swoim wyglądem, tajemniczością i nie przewidywalnym sposobem życia poznawałem i nadal poznaje coraz to nowe jego zwyczaje, łowiska, miejsca żerowania czy ostoje.
O różnych porach roku wielkich leszczy mogę się spodziewać począwszy od płycizn po otwartą toń jezior aż do dużych głębokości gdzie nie dochodzi już chyba nawet światło, a leszcze tam są. I to właśnie dzięki nim spotkałem po drodze kilka gatunków ryb i to najstarszych ich osobników, o jakich sam kiedyś tylko słyszałem od innych ze takowe są. A potem przyszły marzenia aż wreszcie osobiste spotkania na wędce. Dziesięciokilowe szczupaki, kilowe płocie, trzykilowe liny i ponad kilowe toniowe węgorze to ryby, które dzięki leszczom weszły w mój stały roczny kalendarz połowu. I nie są to już żadne przypadki bo dokładnie poznałem ich zwyczaje i stałe miejsca żerowania.          
Zaczynając od wczesnej wiosny, kiedy leszcze jeszcze „śpią” a temperaturze wody brakuje kilka dobrych stopni do upragnionych przeze mnie jedenastu, kiedy to mogę liczyć na pierwsze leszcze. Ale do tej pory nie ma mowy o jakichkolwiek nudach czy okresach bezrybia. Pierwsze zawsze są najwierniejsze płocie, które już od pierwszych wiosennych dni uganiają się za żarciem jak wściekłe. Ciężko mnie namówić do wyprawy specjalnie na płocie i to o każdej porze roku tez i dlatego że gdy wiosną przygotuję sobie sprzęt na leszcza to go nie zmieniam aż do zimy. Dlatego haczyki nr 2 jakie zakładam wiosną służą mi wiernie do połowu płoci przez cały rok. Śmiesznie brzmi? Może i tak, bo wielu wędkarzy się na początku śmiało lecz szybko zmienili zdanie i haczyki. Kiedy od wczesnej wiosny trzeba było zakładać na hak nawet dwa łubiny czy porządne dwa ziarna kukurydzy. Tylko te produkty wchodzą w skład mojej zanęty na wiosenne płocie, płoci które się holuje na ustawionym hamulcu aż do samego końca.
Ale żeby znęcić wielkie jeziorowe płocie codziennie do wody ładuje po 10kilo łubinu zaprawionego najlepiej mączką rybną. Kiedy przychodzą dni że płocie zaczynają być wybredne co do łubinu na haczyku od razu zmieniam przynętę na białe robaki ale nie zmieniam zanęty. Płocie biorą dalej lecz jakoś trochę bardziej wybrednie mimo, że robi się coraz cieplej. Przerwy w żerowaniu są coraz dłuższe aż wreszcie po kolejnym braniu na białe kij wygina się w pałąk i czuje mocne pompowanie tam daleko ode mnie przy samym dnie. Choćby się dookoła mnie waliło i paliło ja wiem że zaczął się mój sezon jest pierwszy wiosenny leszcz. Piękna ciemno-złota ikrzyca z ogromnym zaokrąglonym cielskiem. A z odbytu wlatują resztki łubinu „bingo” przykro mi ale płocie chociaż ważyły po kilo i codziennie łowiłem po kilkanaście kilo idą na bok na kilka miesięcy…
Te płocie i pierwsze leszcze łowiłem na głębokości minimum 8m lecz, gdy woda podskoczyła do 11st zaraz uciekam z takiej głębokości i przenoszę się na rozległe wypłacenia o głębokości 1,5-3m gdzie leszcze zaczynają wyżerkę przed tarłową. I tu dopiero jest zabawa z leszczem, ale i nie tylko. Miejsca takie przeważnie są skrzętnie strzeżone przez miejscowych no i przeze mnie też. Dlaczego a to dlatego, że lecą tu do wody dziesiątki kilogramów łubinu, twardej kukurydzy zaparzonej uprzednio w parowniku, ziemniaków, grochu i pęczaku zaprawionego mączką rybna. Zresztą wszystko jest zaprawione mączką rybną. To wszystko, co tu się codziennie wrzuca do wody jest wyżarte w kilka godzin. Na pewno płotki, krąpie i krasnopióry chętnie się by tym żarciem posiliły, lecz niestety nie mają szans. Bo leszcze i liny są tu już stałymi bywalcami i nie dopuszczą nikogo, chociaż często same nie jedzą, ale nikt nie dobierze się do ich stołu. Co widać po braniach, gdy na haczyku są nawet same białe robaki.
Co jest tu bardzo ciekawe, że gdy w ciągu dnia nie ma słońca leszcze szczególnie te większe znikają stąd. Zostaje tylko młodzież i dzieci z tego gatunku te z kolei nie mają tu nic do gadania, bo liny nie dopuszczą ich do menu. I bardzo dobrze, bo żeby złowić tu lina muszę śmignąć zestawem kilkadziesiąt metrów od brzegu do głębokości 2m. ale wtedy jazda zaczyna się na całego i nie na żarty. Kukurydza lub czerwone gnojaki na haczyku to najlepsze przynęty na pierwsze liny są to przeważnie ryby od 40cm do 50. ale, gdy zaczynają się pojawiać pierwsze podwodne rośliny to przeważnie kolejne brania linów kończą się zerwaniem zestawów. Kilku kilogramowy lin zaraz po zacięciu z takiej odległości i na płytkiej wodzie robi tek szybki i mocny choć krótki odjazd, że mało kiedy wytrzymują zestawy.
Moja zabawa z wiosennymi linami trwa dość długo, bo często aż do połowy lipca. Lecz już od kilkunastu lat poluję na te ryby tylko i wyłącznie na dużych rynnowych jeziorach. Zrezygnowałem z małych zarośniętych i płytkich jeziorek dla naprawdę prawdziwych linów. Nie twierdzę że w mniejszych zbiornikach nie można złowić dużych linów pewnie że można, bo już kilowy lin dla mnie to duża ryba. Ale i w dużych jeziorach są piękne linowe miejsca porośnięte grążelami czy inną roślinnością, lecz za tymi roślinami jest przeważnie spad na kilka metrów głęboki i tu mi się włącza wyobraźnia o linach z moich snów. Lecz mi nie starcza już zadowolenie się jednym gatunkiem z takiego miejsca. Wiem, że w takich linowych miejscach mogę się spodziewać wielkich ryb innego gatunku. To dopiero wygląda w siatce, kiedy ją wyciągam z oporem z wody, a w niej są trzy wielkie liny dwa węgorze kilka przyzwoitych leszczy i często kilka garbusów, które walnęły w kukurydzę z czerwonymi. Nie powiem żeby rzadko się te sny spełniały. I to, czym bliżej tarła tym więcej i większe ryby zaczynają żerować. Ale to wszystko pestka z tym, co zaczyna się dziać pod koniec lata. Jak ja lubię niespodzianki w moim wędkarstwie. To właśnie leszcze otworzył mi wstęp do ich świata pełnego tajemnic i niespodzianek. Dziś wiem, że nie ma nic z przypadku wszystko ma swój sens i kolejność. Inne gatunki które wchodzą w moją zanętę czy w moje łowisko to wcale nie są żadne przypadki czy jakieś szczęśliwe traf.
Kiedy tylko zaczynam zanęcać pierwsze letnie łowisko leszczowe po głowie chodzą mi wizje z poprzednich lat czy sytuacja się powtórzy i zanim leszcze na dobre się już zadomowią w moim miejscu co będzie brało z wody. Będzie znowu okoń a przede wszystkim czy podczas bezwietrznej pogody ponownie usłyszę charakterystyczne cmokanie. Czy może dziś na rosówę złowię nie jednego a może dwa węgorze. Niech te moje leszcze będą błogosławione, bo wiem, że zaczyna się nowa przygoda przez wiele miesięcy nowe doświadczenia i przepiękne wielkie ryby i wcale nie tylko leszcze. Ale to im to wszystko zawdzięczam.
W środku lata kiedy to wszyscy narzekają na słabe brania często i w moim letnim łowisku leszczowym nic ciekawego się nie dziej. Czasami w ciągu miesiąca zmieniam miejsca i ze cztery razy. To wychodzi tak po tygodniu w jednym miejscu. taki okres w zupełności mi wystarczy żeby sprawdzić ile i jakich leszczy mogę się tu spodziewać. W jednym miesiącu nie trudno wybrać jedno najpewniejsze miejsce, w którym nie będę się nudził łowiąc leszcze. Ale jedno wiem na pewno, że chociaż te moje leszczowe łowiska są kilkaset metrów od brzegu i leszcz nie ma ochoty na jedzeni to nie kończy się frajda. W każdy z tych miejsc nie ma mowy o nudzie.
Przeważnie stoję latem nie głębiej niż 12m i zawsze łowię w stronę gdzie spad schodzi dalej w dół. Tak po prostu lubię. Nie lubię łowić pod górę. Nie ma brań leszczy żadna strata. Chociaż i tak jedną wędkę zostawiam na gruncie, ale drugą zaczynam świetną zabawę z okoniami z toni. I nie jest to wcale jakiś tam mało znaczący przyłów tylko prawdziwe łowienie okoni.
Zaraz po zakotwiczeniu łodzi i po zanęceniu na haczyki obydwu wędek zakładam białe robaki. Jeden zestaw kładę na dnie i niech sobie leży. Co kilkanaście minut podciągnę go o jakiś metr do siebie. Niech tam na dole haczyk z białymi się trochę poruszy, to często kusi leniwe leszcze. Ale druga wędka to wędka pracująca cały czas i na pewno nie na darmo. Z ustawionym gruntem na zestawie na 5m już od samego rana mam dużo brań z toni, lecz ryb łowię bardzo mało. A to dlatego bo mój haczyk jest tak wielki, że płotki które z samego rana szarpią białe nie mają szans połknięcia takiego haka. I dobrze bo mnie interesują takie ryby, które taki haczyk połkną bez problemu. I co, wcale długo nie muszę na to czekać, bo już po dobrej godzinie kolejne agresywne branie kończy się zacięciem ryby. Okonek 15 cm już przy zacięciu stawia opór jak porządna ryba. Dobra maluchu ja posiedzę sobie w łodzi a ty za burtę i zasuwaj po dziadka. Daję słowo to skutkuje, bo po kilkudziesięciu minutach biorą i to na białe robaki coraz większe okonie, a wcale nie rzadko trafi się przyzwoity garbus.
Taka zabawa zawsze trwa całe do południa, a połów często to i ze cztery kilo pięknych okoni. Ile razy przepływają obok mnie wędkarze spinningiści, którzy przy okazji po drodze się pytają o brania. A kiedy im mówiłem, że nieźle i pokazałem parę kilo pięknych okoni to zaraz pytali gdzie je nałapałem. A że zawsze mówię prawdę to powiedziałem że tu no to – odpowiadali - akurat baju, baju. W lipcu na dwunastu metrach i do tego tak daleko od brzegu w to już nie uwierzy nikt. No to nie, ja mam piękne okonie na kolację a ich ręce bolą od machania kijem i po obłowieniu kilku górek i wielu innych tajemniczych miejsc okoniowych z kilkoma okonkami wracają zmęczeni do domu.
Okonie najintensywniej zawsze mi biorą w toni na moich leszczowych łowiskach do końca lipca. Ale i też maja swoje godziny kiedy to biorą dosłownie jeden po drugim. Najlepsza pora to miedzy ósmą a jedenastą i to przy dużym słońcu. Z samego rana i popołudniu też się czepiają, ale to już pojedynczo raczej jest wtedy dużo pustych brań dlatego że znowu się czepia płotka. Wychodzi na to że okonie kiedy są w moim leszczowym łowisku płotki się od razu wynoszą.
Nie raz kusiło mnie żeby sprawdzić i połowić tu na żywca lub na spinning lecz szybko oprzytomniałem za każdym takim razem. Przecież ja mam tu jakiś konkretny cel a są nim przecież leszcze. A machanie spinningiem nie byłoby ani wskazane w takim miejscu ani zgodne z wędkarstwem. Nie daj boże gdybym przypadkiem czy to gumką czy blaszką podhaczył czy chociaż zadrapał jakiegoś leszcza w toni. Jak nie na resztę dnia, to na pewno na kilka godzin miałbym z głowy leszcze. A dokładnie wiem że one tu się blisko, bardzo blisko kręcą. Już po kilku cieplejszych dniach między kilkoma okoniami kiedy mam kolejny branie po zacięciu wygiętego kija przez kilka sekund nie mogę ruszyć. To on pierwszy leszcz z toni złoty i ogromny i już obżarty moją zanętą. O nie, nie kolego ty nie jesteś tu sam to wiem na pewno...
Pokaż wszystkie (1) ›
 

wedkarz
 

                                                         WIOSENNE KROKI…
To ta pora i ten czas, że połowić może każdy i zawsze będzie coś w siatce. Specjaliści nastawiają się na swoje „wytresowane” gatunki i będą zasadzać się na nie tylko w sobie znanych miejscach i na tylko sobie znane sposoby. Ale są też i tacy, którzy w wolne soboty i niedziele przy pięknym wiosennym słońcu chcieli by pomoczyć robaka i cokolwiek poczuć na kiju.
Już od pierwszych wiosennych i słonecznych dni, gdy tylko całkowicie zniknie lód z jeziora można zaobserwować jak powraca życie na całym obszarze zbiornika. Szczególnie rano i pod wieczór widać spławiające się ryby po całym jeziorze. Po ich intensywnym pluskaniu po powierzchni i wyskokach nad wodę można by sobie pomyśleć jak one są szczęśliwe, że skończył się już dość trudny dla nich okres do przeżycia i wreszcie mogą poszaleć po całym jeziorze, wyskoczyć nad powierzchnie pomachać płetwami i łyknąć świeżego powietrza. Najintensywniejsze takie oznaki szczęśliwego powrotu do życia w jeziorze występują wtedy, gdy temperatura wody na powierzchni podskoczy od 5st do 8st. Ten okres prawie zawsze przypada w pierwszej dekadzie kwietnia. I właśnie ten okres mogę nazwać czasem wielkich łowów dla wszystkich.
...Bo tu i teraz nie trzeba przez kilka dni przygotowywać łowiska sypiąc codziennie do wody duże ilości zanęt, nie trzeba myśleć i kombinować, jaką najdroższą zanętą można by przechytrzyć dziś ryby. Zostawmy te kombinacje i wydatki na czas letniego urlopu.
Teraz wybierając sie na ryby nad jezioro wystarczy zabrać ze sobą odległościówkę z delikatnym zestawem z dociążonym spławikiem (bardzo ważne) dwie puszki kukurydzy konserwowej, trochę ugotowanego pęczku oczywiście z zapachem ja używam świeżego korzenia tataraku wyrwanego nad brzegiem jeziora. Kilka kawałków wrzucam do gotującego się pęczaku. Zapach  jest tak Świerzy i intensywny ze ryby ściąga chyba z całego jeziora, bo myślą chyba że to już lato. No i oczywiście dwa pudełka białych robaków do nich też sypię trochę tataraku ale wysuszonego do tego zestawu może się przydać jeszcze proca. Takie wyposażenie w zupełności wystarczy, żeby ruszyć na pierwsze wiosenne i bez żartów porządne wędkowanie. A teraz po kolei; kiedy, gdzie, na co i jak.
Teoretycznie mógłbym powiedzieć, że wtedy, kiedy tylko mam czas, ale i o tej porze są lepsze i gorsze dni. Zostańmy przy tych lepszych i najlepszych, bo tych wiosną jest najwięcej. Najlepsze zawsze będą dnie słoneczne i ciepłe przy wietrze słabym, umiarkowanym i nawet dość silnym ważne tylko, żeby nie wiał z północy. Tego zimnego kierunku ryby nie lubią o każdej porze roku. – Wiatr Od Szweda Ryby Nie Da- to takie moje przysłowie. W pochmurne dni, jeżeli jest tylko dość ciepło i gdy nawet coś tam popada z góry, to nie przeszkadza wiosennym ryba w przemieszczaniu się po jeziorze. Żerują jednak wtedy intensywnie młodsze roczniki. Pora dnie ma duże znaczenie jak dużo możemy nałowić, a przede wszystkim jakie duże sztuki będą brały.  Wczesnym rankiem można spodziewać się bardzo dużo brań płoci i krąpi od całkiem malutkich do nawet bardzo dużych. Po wschodzie słońca brania przeważnie ustają całkowicie. Pojedyncze brania mogą jeszcze być w samo południe, ale będą to raczej ledwo wymiarowe płotki. Często właśnie w pochmurny dzień po wykorzystaniu rannych brań w siatce mam już tyle fajnych ryb, że mógłbym zrobić fajrant. Lecz prawdziwe eldorado zaczyna się już wczesnym popołudniem i trwa z małymi przerwami do zachodu. Ryby jakie w tym czasie żerują i biorą nie przyniosą wstydu nawet najwybredniejszemu łowcy. Są to największe jeziorowe płocie i najpiękniejsze ryby jeziora czyli krasnopióry. W tych godzinach inne gatunki i młodsze roczniki trafiają się rzadko. Żeby tak zadowolonym schodzić z łowiska nie jest też przypadkiem miejsce i sposób łowienia.
Kiedy pierwszy raz jestem nad wiosenną wodą zawsze staram się być wcześnie rano i dokładnie obserwują jezioro. Szukam miejsc gdzie ryby się najintensywniej spławiają. Chociaż spławianie widać na całym zbiorniku, to są miejsca gdzie nawet te największe ryby i to w dużych stadach widać na powierzchni nawet na bardzo małym obszarze. Dzisiaj po wielu latach praktyki już nie szukam aż tak dokładnie takich miejsc, bo trochę poznałem zwyczaje wiosennych ryb w jeziorach. Ale oczy i tak latają mi po całym jeziorze, bo zawsze coś nowego odkryję. Dlatego napisze o kilu pewnych miejscach, żeby nie tracić dnia i cennych godzin, bo nie wiadomo przecież jaka pogoda będzie jutro. Każdy mniejszy czy większy cypel wychodzący w jezioro obojętnie z której to będzie strony zbiornika, każde wejście do zatoki nawet na prostej linii brzegowej będą już bardzo dobrymi łowiskami. Ale pamiętać o najważniejszym nie mogę łowić w stronę zatoki, czy z cypla na boki, tylko zawsze w stronę otwartej wody, środka jeziora. Nie ważne że w tych miejscach dno jeziora opada nawet do kilkunastu metrów głębokości, właśnie tak powinno być. W każdym bądź razie im głębiej będzie w takich miejscach tym dłużej w ciągu dnia będę miał brania. Każde wejście czy wyjście rzeki z jeziora, jeżeli tylko w takich miejscach będzie głęboko, chociaż do 10m to już będą tu super łowiska. Wiosną ryby żerują także na wypłaceniach, czy tez w samych zatokach, ale to żerowanie ogranicza Si Edo świtu i zmierzchu. W ciągu dnia spływają na otwartą wodę.
Teraz możemy przejść do najważniejszego i najprzyjemniejszego momentu, czyli łowienia. Lecz najpierw musimy sprowokować ryby do zatrzymania się w naszym wybranym miejscu. Nie tylko miejsce(stanowisko na brzegu) jest ważne, ale najważniejsze będzie łowisko, bo musi być ono dosć daleko od brzegu i właśnie tylko tam będę strzelał procą zanętę. Nie sypię żadnej zanęty blisko brzegu, bo tylko będzie mnie kusiła żeby tu sprawdzić, kiedy będę miał przerwy w braniach daleko na wodzie. A to już będzie strata czasu no i kto wie jak wielkich ryb. Na pierwszy ogień strzelam pół puszki kukurydzy, trochę pęczku i białych tez trochę mogę wystrzelić. No i teraz cała tajemnica sukcesu, to znaczy ustawienie gruntu na zestawie. Nie może on wynosić więcej niż 5m taka odległość powinna wynosić między spławikiem a haczykiem tolerancja może wynosić około metra w górę czy w dół. Na tej głębokości daleko od brzegu pływają wielkie ławice białej ryby. Najwięcej jest płoci i wzdręgi właśnie tej ostatniej wczesnym popołudniem podczas słonecznej pogody można nałowić nawet kilkanaście kilo, a na pewno będą to sztuki regulowania hamulca kołowrotka.
Jeżeli zaczynają brać już same grube krasnopióry i pojedyncze duże płocie nie strzelam pęczakiem i białymi robakami. Posyłam procą już tylko samą kukurydzę, ale w mniejszych ilościach i tak co pół godziny. Na haczyku mam też już tylko kukurydze i to najczęściej po dwie sztuki. Gdy nawet wczesnym popołudniem brania ustają nie zanęcam niczym tylko zmieniam przynętę na białe robaki często bardzo szybko to skutkuje i brania się zaczynają ponownie. O co do końca tu nie wiem, ale to działa. W chłodniejsze dni, gdy kończą się brania w ciągu dnia próbuję zjeżdżać zestawem nawet do samego dna. Tam często chociaż krótko są brania średniej płoci i dużego krąpia. W słoneczne i ciepłe dni nie szukam ryb po gruncie, gdy ustają brania tylko przerzucam zestaw w innym kierunku lub dalej na wodę.
Dlatego przy takim wiosennym zestawie konieczny jest spławik z dociążeniem, w każdych warunkach pogodowych mogę nim daleko wyrzucić.  Przy opadaniu na wodę nie robi hałasu, a przynęta bardzo wolno i naturalnie opada, co już prowokuje ryby do brania. Nawet jeżeli brania są już pod samą powierzchnią, czyli w trakcie opadania zestawu nic nie kombinuję z gruntem mam cały czas ustawiony na piątym metrze brania mam od samego rana.
Już od pierwszych dni po puszczeniu lodu na jeziorze moim nierozłącznym atrybutem jest termometr, to on właśnie powie mi na jakie gatunki ryb mogę dziś liczyć. To tylko i wyłącznie od temperatury wody zależy jak i gdzie będę żerowały poszczególne gatunki ryb. Wiosna to powrót do życia w jeziorze też i dlatego teraz się tu najwięcej zmienia i wszystko jest uzależnione od temperatury wody ja staram się to śledzić, notować i mam dzięki temu korzyści i fajną przygodę.  
                                                                     Bogdan Barton
 

wedkarz
 
Każdy wędkarz ma swoje ulubione zapachy, które stosuje jako dodatek do zanęty. I bardzo słusznie, bo jak wiemy ryby mają dobry węch. Każdą rybę możemy skusić odpowiednim zapachem do brania jeżeli ta akurat nie chce żerować lub słabo żeruje. Takim czasie, kiedy ryby dobrze żerowały robiłem różne eksperymenty z zapachami. Oprócz już sprawdzonych zapachów dodawałem do zanęty całkiem nowe, przyjemne w zapachu dla mnie jako człowieka, ale też takie po których nie mogłem domyć wiadra tak śmierdziało. Na przykład leszcze brały na zaprawiony tymi ostatnimi makaron, pęczak czy kulki. Leszczom bowiem nie przeszkadza zapach lub smak, który dla człowieka jest nieprzyjemny. Nie odpływały nawet od zanęty sfermentowanej, szybko i sprawnie ją wyjadały do końca.
Kiedy przychodziły dni słabego żerowania, zauważyłem coś ciekawego coś co mnie zaskoczyło. Dobre brania wracały, jeżeli z ilością zapachu np. kolendry przedobrzyłem. Okazało się, że dodanie większej ilości zapachu przynosi wyniki wprost rewelacyjne. Teraz, kiedy jestem już nad wodą i otwieram swoje wiadro z zanęta, to inni wędkarze łowiący w pobliżu już wiedzą kto przyszedł na ryby.
Wiadomo, że zimą i wiosną, w chłodnej wodzie zapachy rozchodzą się szybciej i dalej niż latem. Ponieważ nie mają żadnych hamulców w postaci naturalnych zapachów rozpuszczonych w wodzie. Dlatego wielu wędkarzy używa ich ostrożnie, bo jak twierdzą może to odstraszyć ryby. Ja robię odwrotnie. Gdy o tej porze roku wybieram się na leszcze czy płocie przygotowuję sobie kaszę jęczmienną z pęczakiem, obłuszczony owies i na kilo zaparzonego tego wszystkiego dodaję dwie torebki mielonej grubo kolendry (mielę sam), a oprócz tego jeszcze garść mączki rybnej. Jaki to ma zapach nie trudno sobie wyobrazić, ale ryby ciągną do tego z daleka. Latem, gdy woda jest ciepła i mętna i wiele w niej woni naturalnych zapachów, zapach mojej zanęty musi być jeszcze mocniejszy. Inaczej się nie przebije i nie będzie w wodzie dominować. Dlatego wypracowałem sobie po tych latach doświadczeń mój DIP.
Metoda z silnymi zapachami nigdy mnie nie zawiodła. Co więcej – jeżeli w pobliżu łowili inni wędkarze, to wkrótce po moim zanęceniu mieli po braniach. Ryby od nich przypływały do mnie. Nie jestem przekonany do specjalistycznych zanęt, przeznaczonych jakoby na wyłącznie na leszcze, płocie, liny itd. Moim zdaniem sama zanęta i dodany do nie zapach może przyciągać wszystkie gatunki białej ryby. Przecież np. wanilią zwabiamy i karpie i leszcze i płocie i lina i… dlatego nie będę radzić jaki zapach stosować do jakiej ryby. Chcę tylko przekonać ile można dodać zapachu do zanęty bez strach, że się zepsuje łowisko. A przede wszystkim w jakiej postaci go dodawać żeby w wodzie był długo skuteczny.
Podstawowym zapachem ziołowym na ryby spokojnego żeru jest kolendra. Można ją kupić w każdym sklepie wędkarskim. Jest drobno zmielona, czyli gotowa do użycia. Jej zapach jest jednak mało intensywny. Gdy próbowałem użyć kiedyś kupnej mielonej kolendry, to żeby uzyskać jako taki zapach, musiałem wsypać naraz spory jej woreczek, a wynik był i tak mizerny. Kolendrę kupuję w sklepie spożywczym. Nie jest mielona, ale mała 15g torebka wystarcza na 2kg zanęty. Można ją używać w dwojaki sposób. Dwa opakowania owocu kolendry (zawsze mam kilka kilogramów zanęty minimu4kg) mielę w młynku do kawy przez dwie, trzy sekundy i do gotowej już zanęty wsypuję tuż przed wyjazdem na ryby. Jeżeli zanętą jest gotowany obłuszczony owies, kasza jęczmienna lub pęczak, to mielę też dwa opakowania kolendry nie dłużej niż dwie sekundy i w takiej postaci dodaję do garnka na 1 -2 min. Przed końcem gotowania. Dokładnie mieszam i przykrywam szczelnie do zaparzenia. Grubo mielona kolendra daje jeszcze intensywniejszy zapach, a dodana krótko przed końcem gotowania zwiększa swoje właściwości przeczyszczające.
Nigdy nie stosuję tylko jednego zapachu przeważnie do zanęty daję ich ze trzy rodzaje. Na drugim miejscu jest przyprawa do piernika lub mączka piernikowa. Przyprawa do piernika daje dość gorzki smak. To też sypię najwyżej pół paczuszki na 5kg zanęty. Mączkę piernikowa można kupić sklepach wędkarskich. Daję jej około pół kilo na 10kg zanęty. Przyprawę do piernika można kupić podobnie jak kolendrę w każdym sklepie spożywczym. Są różne rodzaje, jaśniejsze i ciemniejsze. Wybieram ciemniejsze bo mają więcej składników, mocniejszy zapach i dobrze barwią zanętę na ciemno. Ale przede wszystkim stosuję ją jako dodatek do przynęt. Dodaję szczyptę do białych robaków, posypuję ugotowany makaron czy pęczak. Makaron gotuję godzinę przed wyjazdem na ryby i po odcedzeniu obsypuję przyprawą gdy jeszcze jest gorący szybko mieszam drewnianą łyżką i polewam odrobiną oleju jadalnego. Pęczak posypuję na zimno po wyjęciu z garnka i ręką dokładnie mieszam z przyprawą. Powstaje przy tym śluz, którego nie należy usuwać.
O kurukumie wiele się słyszy, ale rzadko spotykam wędkarzy, którzy by jej używali. Dla mnie kurukuma jest nie tylko środkiem barwiącym na żółto, ale przede wszystkim dodatkiem zapachowym. Jedno opakowanie starcza na 10kg zanęty. Przynęty doprawiam kurukumą tak samo jak przyprawą do piernika. Kurukuma ma bardzo przyjemny aromat i korzenny lekko gorzkawy smak, co ryby wyjątkowo lubią, zwłaszcza starsze osobniki. Gdy łowię w zimniejszych porach roku, a latem na większych głębokościach, gdzie woda jest zimna makaron posypuję taką ilością kurukumy, żeby dużo jej weszło do środka kolanek. Takiej przynęcie duże leszcze czy płocie nie przepuszczą. Białe robaki posypane kukrukumą i zostawione w cieplejszym miejscu na jeden dzień stracą swój nieprzyjemny zapach amoniaku, a pachną kurukumą i fajnie barwią się na żółty kolor.
Kolendra, przyprawa do piernika czy kurukuma to moje podstawowe i pewne zapachy. Dodane wszystkie razem do zanęty tworzą świetną kompozycję nie tylko na leszcze czy płocie. A do tego dodany jeszcze mój smrodek czyli dip to żadne ryba nie przepłynie obojętnie koło takiego żarcia. Z kolei przynęty znacznie zwiększają dzięki nim swoje właściwości wabiące. Są takie dni, gdy w bankowym miejscu ryby nie chcą brać. Rozżalony wędkarz wścieka się wtedy, że ciśnienie nie takie, wiatr nie z tego kierunku i bóg wie jakie jeszcze wymyśla powody niepowodzeń. Wyjściem z takiej sytuacji może być właśnie kombinowanie z zapachami. Jestem przekonany że to zapach ściąga ryby w łowisko, a dodany na sucho do zanęty przed łowieniem rozchodzi się daleko we wszystkie strony. Przynęta o tym samym zapachu, nawet przesadnie nim zaprawiona skusi najmniej głodne i leniwe ryby.
Tak silny zapach może dać tymianek. Mielę go bardzo drobno w młynku i dodaję do zanęty tuż przed zanęceniem łowiska. Przynęty takie jak makaron lub pęczak posypuję mielonym tymiankiem wtedy, kiedy są jeszcze gorące. Mimo gorzkiego smaku jego mulisty aromat zwabia do przynęty wyjątkowo ostrożne ryby. Jeżeli łowię w zimniejszych porach roku albo latem w czystej wodzie to do gotującego się makaronu czy pęczaku dodaję sporo cukru. Poprawia to gorzki przynęty zaprawionej tymiankiem. Ten zestaw smakowy jest wyjątkowo skuteczny na rozmaite ryby. W zeszłym roku na takie przynęty z mieszanymi smakami i aromatami łowiłem wielkie liny i japońce, nie wspomnę już o moich leszczach, półkilowych płociach czy złotych wzdręgach. Tymianek dodany w dużej ilości do zanęty i przynęty nie tylko ściąga ryby, ale i powoduje że one głodnieją. Te właściwości zachowuje także latem, w wodzie mętnej, ciepłej i kwitnącej, a więc w okresach i sytuacjach niezbyt dla wędkarzy przyjaznych. Nowych zapachów cały czas szukam w wodzie, szczególnie w okresie wiosenno-letnim. Bo wtedy wszystkie rośliny wodne, te zanurzone i wynurzone mają swą intensywną naturalną woń. Z wielu tych gatunków zbieram trochę i suszę w cieniu. Po zmieleniu ma super dodatek do zanęt i przynęt.
  • awatar jacek74: super bodzio opisał otych ziołach
  • awatar piotrek f: kolendra popieram,tymianek nowośc wyprubóję
  • awatar gość: rejestruje sie na forum ale czekam narazie na aktywacje:) jestem pod wrażeniam strony ! tych opisów wszystkiego wielki pozytyw dla P.Bodzia:)
Pokaż wszystkie (3) ›
 

wedkarz
 
    Od blisko 30 lat pasjonuję się leszczami a że jestem tak na oko 360 dni w roku na rybach to trochę się z nimi zapoznałem. Dzięki leszczom poznałem miejsca przebywania, miejsca żerowania i zwyczaje życie większości najstarszych roczników ryb jeziorowych. Opracowałem nawet sobie po tych latach swój nie zastąpiony dla mnie dodatek smakowo zapachowy na wszystkie gatunki ryb ja to nazywam smrodek ale na allegro mam nazwane atraktor- dip bo nadaje się do wszystkiego. Ponad 20 lat namawiali mnie wędkarze żebym się tym podzielił no i niech będzie… Ale zanim poznałem te ryby i co one lubią w naturze najpierw podglądałem i nadal to robię właśnie naturę…
Wiele razy, kiedy wstaje rano na ryby zawsze spoglądam najpierw przez okno, co nowego się zmieniło z pogodą. Pochmurne niebo wiaterek zawiewa i do tego temperatura nie za wysoka. Jak bardzo mi się nie chce w takiej pogodzie nawet z domu wychodzić. No, ale nic nie poradzę zanęty pełen gar zaparzony nie ma wyjścia szkoda tego futru muszę jechać, chociaż go wysypać. Z oporami wychodzę z domu i wsiadam na rower wędki są, bo może spróbuję. Nadal brak chęci, ale co się dzieje wody jeszcze nie widzę tylko się do niej zbliżam i widzę na razie znajome drzewa, trawy, trzciny i robi mi się jakoś cieplej i raźniej. Lecz kiedy widzę już jezioro czuję, że jestem u siebie nie przeszkadza mi już pogoda nawet jej przez jakiś czas nie widzę. Zapominam o wszystkim i już się cieszę, że jednak tu przyjechałem. Co złowię i jaki będzie wędkarsko dzień nie ważne, ważne że w ogóle tu jestem. Czy tylko na mnie tak działa otoczenie natury? A jak na to reagują moje leszcze w ciągu całego roku. Czy to co nad wodą, ma coś wspólnego to co pod nią. Jak po okolicach jeziora i w ogóle po przyrodzie rozpoznać czy warto jechać na leszcze. Takie pytania od lat nie dają mi spać, a potem rano nie mogę wstać na ryby. Co zrobić i jak nie wychodząc z domu poznać, że w ogóle warto jechać nad wodę.
Dziś już trochę się dogadałem z leszczami, bo swoim sposobem życia, które obserwowałem dały mi kilka wskazówek. Co ma wspólnego, a może jak rozpoznać po zewnętrznym otoczeniu jeziora co się dzieje po wodą z rybami. W każdym bądź razie już od lat nie rozstaje się z termometrem, którym mogę powiedzieć szczerze mierzę temperaturę wody prawie codziennie. Nie jestem ichtiologiem dlatego nie będę się tu popisywał ani nikogo nudził tym, że wiem co dokładnie w jakiej temperaturze wody się dzieje pod nią. Bo rozwiązanie tego jest w ogóle nie możliwe. Ale po obserwacji warunków pogody na zewnątrz i co i kiedy ma swój okres narodzin i końca dużo ma wspólnego z życiem pod wodą. Na razie dam mały przykład.
Od dawien dawna we wszystkich poradnikach wędkarskich pisano, że okres tarła leszcza wiąże się z okresem kwitnienia jabłoni. Boże jak ja w to wierzyłem. I szlak mnie wtedy trafiał jak jabłoń zaczęła kwitnąć, a leszcze jeszcze nawet dobrze nie zaczęły żerować przed tarłem. Bo woda była jeszcze stanowczo za zimna. O co tu chodzi przecież w każdym jednym poradniku wędkarskim i rybackim piszą tak samo. No właśnie tak samo, ale ktoś zapomniał dodać, że w Polsce w różnych rejonach i to nawet nie daleko oddalonych od siebie z pogodą nie jest tak samo. Więcej powiem nigdy nie będzie tak samo.
W moim rejonie leszcze do tarła przystępują dużo później. Ale z chwilą, kiedy na jabłoniach tu w moim rejonie pokazują się pierwsze pąki kwiatów leszcze zaczynają dobrze żerować po raz pierwszy tej wiosny. Temperatura wody wtedy wynosi 14 do 15 stopni i leszcze dostają dobrego kopa z głodu. Pewnie, że są blisko przed tarłem i, co mi to gra są już w bardzo dużych grupach. Tak naprawdę to właśnie teraz się zaczyna prawdziwy okres leszczowych połowów na wędkę. Mimo, że łowię już leszcze dużo wcześniej, kiedy to na drzewach nie ma jeszcze liści. Trzciny wystają pojedynczo ponad powierzchnię wody około trzydziestu centymetrów, ale tylko na północnych brzegach jeziora. Już wtedy pojedynczo leszcze podchodzą do zanęty też z tej samej strony jeziora. Kiedy pierwsze liście na drzewach nad jeziorem zaczynają się rozwijać, a są to brzoza i olcha temperatura wody wynosi 11 stopni. I już wtedy dzwonią do mnie wędkarze z zachodniej polski, że u nich już całkiem zielono, a leszcze zaczynają się trzeć. A raptem dzieli nas około trzysta kilometrów. Takie właśnie informacje są dla mnie najcenniejsze, ale też im zazdroszczę wcześniejszej wiosny.
Przyroda ta nad brzegiem jeziora, a ta pod wodą jest tak zgrana, że aż często mnie zadziwia. Ale i mam do niej dziś szacunek i zaufanie i swój własny kalendarz, ale nie brań tylko, co i czego mogę się spodziewać, kiedy już np. liście na drzewach są w pełni rozwinięte, ale się jeszcze rozrastają. Śmieszne wiem, ale prawdziwe, bo ten okres rozrastania się liści na drzewach jest identyczny z okresem wychodzenia na powierzchnię liści grążela. Wszystko to oczywiście jest ważne dla mnie w okresie wiosennym i to tylko na północnych brzegach jeziora. Te najbardziej i najdłużej nasłonecznione części jeziora najszybciej zaczynają żyć. I dokładnie tak samo jest pod wodą jeziora. W każdej płytszej zatoce, czy pod brzegami wśród już metrowych trzcin robi się tak gwarno, że aż huczy. Ale wystarczy kilku, czy kilkunasto dniowe ochłodzenie jak to często bywa wiosną i wszystko dosłownie staje w miejscu. Tak to nie żart można to sprawdzić. Ja mierzę sobie miarką kilka trzcinek ile potrafią urosnąć w ciągu tygodnia wtedy, kiedy jest słońce, a ile wtedy, kiedy jest zimno i pochmurno. W ciągu słonecznego tygodnia trzcina z północnego brzegu urośnie nawet osiem centymetrów. A kiedy jest zimno prawie nic no może dwa. Kiedy jest słońce liście grążela chociaż są jeszcze trochę pod wodą są już prawie płaskie i pięknie się otwierają. Ale kiedy się znacznie ochłodzi boki liści nie ciekawie się zawijają. W takim stanie potrafią przetrwać cały taki zimny okres. Chociaż woda ma już z 16 stopni. Kiedy w słoneczny i ciepły dzień zagarnę ręką pod wodą na głębokości pół metra czy metr garść tego, co leży tu na dnie to wszystko to prawie żyje. A jeżeli to będzie tam gdzie jest mulisto tam jest dopiero gwarno. Cała garść takiego mułu to jedno wielkie życie. Dlatego tak ważne są dla mnie te listki na drzewach, a że drzewa takie same jak nad jeziorem mam pod nosem przy domu to lepsze to od barometru.
Kiedy już liście grążela są na powierzchni i nadal rosną w swojej średnicy dookoła mnie jest zielono aż razi w oczy. Już te suche trawy przez które przedzierałem się na łowisko są prawie całkiem zagłuszone przez te mocno zielone. Pokrzywy muszę trochę zdeptać bo na stojąco sięgają mi do dłoni. A woda od ponad tygodnia się zatrzymała na 18 stopniach. Wszystko się zgrywa jak co roku. Co robią leszcze, leszcze nie mają wyjścia, bo pod wodą na głębokości od metra do dwóch moczarka już porasta dno na tyle gęsto i wysoko, że mogą przystąpić do tarła. Dlaczego właśnie na przełomie maja i czerwca tak się dzieje. Nawet temperatura wody się zatrzymuje jakby tylko natura na to czekała. Ale najpewniejszym od lat wskaźnikiem zewnętrznym, ze leszcze już niedługo przystąpią do tarła jest żyto. Wtedy kiedy zaczyna się kłosić żyto leszcze tak intensywnie żerują, że aż czasami ciężko w to uwierzyć. Ale po dwóch niecałych takich tygodniach leszcze znikają z łowiska i już ich nic nie interesuje jak tylko złożenie ikry.
Pewnie, że nie wszystkie leszcze się teraz wytrą, ale na pewno większość. Jednak te największe mają swój inny okres i miejsce tarła. One myślały, że uda im się z tym ukryć, ale nie przeżyłbym tego gdybym się nie dowiedział, kiedy i gdzie się trą najstarsze roczniki leszcza. I znowu pomogła mi w tym przyroda, a raczej jej obserwacja. Zacząłem tym razem obserwować ten spóźniony rejon jeziora czyli południowe brzegi. I prawie kiedyś bym przegapił moje leszczyska, które płynęły na tarło. Dobre dwa tygodnie zajęło mi wpatrywanie się w te rejony jezior i w leszcze, które się tu spławiały, że aż byłem pewny, że tu gdzieś przystąpią do tarła wielkie jeziorowe leszczyska. Leszcze nagle zniknęły chociaż nad brzegami było już bardzo zielono. Mi też się w głowie chyba zrobiło zielono, bo kiedy zajrzałem w płytkiej zatoce pod powierzchnię wody, a tam nie zobaczyłem nic. Przecież latem tu rośnie moczarka, a teraz co… po prostu za wcześnie.
Szybko przeszedłem na drugą stronę jeziora. I już od kolejnego świtu czekałem w miejscu gdzie niedaleko już trzy dobre tygodnie temu wytarły się pierwsze leszcze. Ale tu na bardzo dużym obszarze na głębokości dwóch i więcej metra moczarka zrobiła bardzo gęsty dywan na dnie. Z niego wyrastały aż do powierzchni łodygi rdestnicy przeszytej. Wtedy moje trzciny z tej północnej strony są na wysokości chłopa. I wreszcie jest coś wspólnego z jabłkami, bo dojrzewają pierwsze papierówki.
Leszcze wielkie jak pół blatu stołu każdy, a jest ich tu naprawdę dużo trą się trzy dni. Trwało to, co roku najwyżej krócej, ale nigdy nie dłużej. Lubię ten okres bardzo z kilku powodów. Przede wszystkim upewniam się, że mam czego szukać w tym jeziorze. Bo przechytrzyć takie stare cwaniaki to wyzwanie godne wędkarza. Drugi powód, to że kończę się objadać truskawkami, bo już się kończą, ale za to prawie codziennie ma ze sobą na rybach torbę pysznych czereśni, które teraz w pełni dojrzewają.
Lata nie mam zamiaru opisywać, bo jest to trochę nudny okres dla mnie osobiście i nad wodą i pod nią. Dzięki bogu jest to krótki czas zastoju. Wiem, że nic w przyrodzie nie stoi w miejscu, ale mnie interesuje, to, co korzystnie wpływa na moje leszcze. A właśnie lato nie zbyt korzystnie wpływa na moje leszcze. Zwłaszcza jego początek tak na początku lipca. Na zewnątrz, czyli dookoła brzegów jeziora jest pięknie i zielono. Ale o toni jeziora mogę powiedzieć coś odwrotnego. Wszyscy wtedy klną na czym świat stoi, a już szczególnie rybacy. W wodzie wtedy pływa tyle jakiegoś osadu, szlamu, że przeźroczystość wody jest dosłownie minimalna. Mało tego to coś osadza się dosłownie na wszystkim co jest w wodzie. Linki od kotwic po dniu wędkowania mam tak obszlamione, że aż śliskie. Rybacy klną, bo sznury postawione na węgorza wyglądają jakby były o kilka razy grubsze. Rybacy mi wtedy doradzają żeby w ogóle nie karmić, bo to nie ma sensu. Całą moją zanętę przykryje na dnie korzuch tego szlamu. W ciągu dwóch tygodni to wszystko osiada na dnie i naprawdę dopiero wtedy mogę na coś liczyć. Nie wiem, co to jest za osad, ale rybą on też nie pasuje. Nie można ich w tym czasie zlokalizować, a o zachęceniu do żerowania prawie nie ma mowy. Z wyjątkiem toni, bo w tak trudnym okresie najwięcej i największych leszczy łowię z toni i to tym płycej czyli bliżej powierzchni im cieplej jest na lądzie, ale to odrębny temat…
Ale kiedy właśnie nastaje wrzesień i mimo, że nic się na pozór w wodzie i nad brzegami nie zmienia, a może ja tego nie widzę i nie czuję. Ale za to widzę, słyszę i czuję na moich kijach, że leszcze i nie tylko dostają szału.
Temperatura wody nic wielkiego no może jakiś stopień niższa niż w sierpniu. W zewnętrznym otoczeniu jeziora żadnych zmian. Ale jest coś co jest najlepszym wskaźnikiem dla leszczy, że czas najwyższy żeby zacząć dosłowny tucz. To długie noce i coraz krótsze dni przewracają rybą we łbach. Osobiście tego nie czuję, że temperatura powietrz spadnie nawet o jeden stopień. Leszcze wiem doskonale, że czuję zmianę w dziesiątkach stopni.
Wielokrotnie robię sobie stanowisko na środku jeziora, gdzie głębokość wynosi 12m. Już od połowy czerwca, cały lipiec i połowę sierpnia łowię tu leszcze, ale wyłącznie właśnie z toni. Żaden nie chce zejść do dna mimo, że wcale nie jest tu aż tak głęboko. Coś to miejsce ma takiego w sobie. Ale z toni za to łowię tu mało leszczy lecz każdy porządnie wyrośnięty. Nie trafi się tu żadna płoć, chociaż jezioro jest znane z dużych płoci. Temperatura wody przez ten cały okres wacha się od 19 do 22 stopni. Mało tego, bo na początku sierpnia dłuższy czas utrzymuje się na prawie nie zmiennym poziomie. Taka letnia różnica to dwa do trzech stopni i rybą to jakby nic nie przeszkadzało. Ale skąd wiedzą, że kiedy temperatura spadnie o ten nieznaczny jeden stopień, który świadczy o tym, że to już ten czas.
Dzień jest krótszy o kilka godzin, a ja codziennie notowałem sobie wyniki, a było co notować. Powiem więcej było co na koniec dźwigać. Do leszczy z toni dołączył już od połowy sierpnia pojedynczo płocie. A z dna nic zacząłem więc wtedy dosypywać dużo łubinu do zanęty. Pomyślałem, że tym ściągnę ryby do dna i będą jeszcze większe, bo to przecież głębiej to i ciszej. Nic z tego nie wyszło już na początku września łubin wyłapywały takie potężne płocie, że mało co zapomniałem o leszczach. Wtedy też i z dna zaczęły brać pierwsze leszcze. A temperatura wody spadła o niecały stopień.
No dobra ale muszę to wszystko sobie zgrać z czymś na brzegu. Z jakimiś oznakami jesieni. Ciężko to mi przechodzi przez myśli, bo przecież siedzę na łodzi na koszulce. Tylko, ze zapomniałem, że rano wsiadam na rower już w porządnej kurtce. A ta przez całe lato wisiała w szafie. Do tego szybko spostrzegłem, że już pod koniec lipca codziennie rano muszę wyzbierać z łodzi zielone liście olszyny pod którymi stoi moja łódź. Zielone liście? To mnie trochę kiedyś zaskakiwało, ale dziś wiem, że w przyrodzie to już początek prawdziwej jesieni. Dosłownie po dobrym tygodniu tych liści jest coraz więcej i są coraz bardzie wyblakłe, ale jeszcze nie żółte. Wtedy temperatura wody spadła o dwa stopnie.
Jezioro o świcie jak płynę na moje miejsce na środku tak żyje, że chwilami przestaję wiosłować żeby popatrzeć na skaczące płociska, i potężne grzbiety leszczy rozpruwające wodę niczym łódź podwodna. Wszystko to zatyka mi dech i dostaję dreszczy. Myśli się kotłują i już kombinuję czy czasami nie zmienić miejsca. Bo tam tyle wielkich leszczy się spławia, a tu od cypla na wodzie pocie chyba kilowe hałasują aż mnie kusi wpakować tu kilka wiader łubinu. Co wreszcie mam robić. Skąd te ryby się tu wzięły przez całe lato nie widziałem żadne skaczącej płotki, no może jakiś leszczyk o świcie się pokazał jak było cicho i lekko mglisto. Ale teraz za to jest coraz częściej mglisto i to tak że mam problemy z trafieniem na łowisko na środku. Ale to nie koniec świata, bo punktów zaczepienia mam już dużo więcej.
Na brzegu jeziora rosną różne krzaki o różnej wysokości i gęstości. To tak zwana dzicz nic nie znacząca, ale nie dla mnie. Niektóre z tych krzaków nie znam nazwy żadnego z tych gatunków już na początku września dostają żółte liście. Często fajnie to wygląda kiedy spośród zielonego lasu bardzo wyraźnie dominuje żółty krzaczek. Taki krzaczek jest dla mnie i punktem zaczepienia we mgle. I kolejnym jednym z najszybszych wskaźnikiem, że to już pora na porządne łowy.
Teraz już wszystko idzie bardzo szybko tak jak ryby w moim łowisku. Szybko biorą i dużo jedzą, bo karmić musze coraz więcej. Nie bawię się już łowieniem leszczy z toni, bo trafiają się rzadko i coraz mniejsze. Za to płoci jest coraz więcej i dosłownie obżerają się w toni spadającym łubinem. Temperatura wody już w październiku ma 15 stopni, bo już we wrześniu były pierwsze lekkie przymrozki. I te zmieniły barwę trzcin i traw które porastają brzegi jeziora. Ciekawe to jest, że prędzej na niektórych krzakach prędzej żółkną liście niż trawy. Tak jak tu na brzegu tak i w wodzie wszystko ma swoją kolejność.
A co robią leszcze wtedy. Leszcze dosłownie latają po jeziorze tak jak się spławiały przed tarłem. Ale kiedy woda spadnie o kolejne dwa do trzech stopni, a olchy już prawie stracą liście, to leszczom jest trochę mniej wesoło. Już tak nie tańczą po jeziorze pokazują się pojedynczo i to nad miejscami gdzie jest bardzo głęboko. Z dala od brzegów z dala od górek podwodnych. Wygląda to tak jakby zaznaczały swój przyszły zimowy rejon. I tak też się dzieje bo już teraz woda jakby szybciej się schładzała, a nad brzegami robi się bardziej pusto i szaro. Za to leszcze nadal biorą wspaniale i to dużych nawet głębokościach. A ja nadal mam jeszcze punkty zaczepienia na brzegu. Z pośród łysych już drzew i krzaków wyraźnie wyłaniają się i odróżniają młode samosiewki dębu. Drzewka wysokie na kilka metrów mimo, że ich liście są brązowe, ale ciągle się porządnie trzymają gałązek i tak zostaną do zimy, a może i dłużej. Tak jak i moje leszcze tu na tej głębokiej wodzie zostaną do zimy i nawet dłużej, a ja razem z nimi.
  • awatar jacek74: pięknie opisane środowisko wodne
Pokaż wszystkie (1) ›