• Wpisów: 307
  • Średnio co: 11 dni
  • Ostatni wpis: 5 lat temu, 13:33
  • Licznik odwiedzin: 328 563 / 3527 dni
 
wedkarz
 
Bogdan Barton: Wielkie wyzwanie- leszcze na bata
Chyba każda biała ryba kojarzy się z metodą połowu za pomocą wędki bez przelotek, ale czy leszcza można łowić tą metodą w jeziorze? Jeziorowe leszcze od razu kojarzą się z łowieniem tej ryby głęboko i daleko od brzegu. Czy warto, więc bawić się tyczką przy brzegach z rybami tego gatunku, co najwyżej trzydziesto dekowymi? Łowienie leszczy na tyczkę nigdy nie wchodziło w rachubę w moim wędkarskim żywocie. Złowienie dużych leszczy przede wszystkim blisko brzegu, bo przecież tylko tak można łowić na tyczkę przez dłuższy czas było dla mnie nie realne. Lecz poczucie kilkukilowego leszcza na sześciometrowej wędce bez kołowrotka było ciągle wyzwaniem. Dziś zmierzam się, co roku z pięknymi leszczami łowionymi na tyczkę tak z brzegu jak i z łodzi. I wcale nie przez jakiś tam przypadek czy  krótki okres w roku, ale od maja aż do września.
Okres, w którym można łowić leszcze blisko brzegu jest w tej metodzie najistotniejszym warunkiem. A jak już wspomniałem wcale nie jest to krótki czas, a najlepszy właśnie okres to wiosna i początek lata, kiedy to leszcze wypoczęte po ciężkim okresie godowym zaczynają wyżerkę bardzo intensywnie. Bardziej zawężając ten czas to twierdzę z góry, że będzie różny, bo jak wiadomo nie ma dwóch jednakowych jezior. Nawet o niewiele oddalonych od siebie jeziorach panują całkiem inne warunki życia. I okresy letniego żerowania leszczy zaczynają się w kilku tygodniowych różnicach. Dla mnie w moich jeziorach jest to przeważnie połowa lipca jest początkiem leszczowych żniw.
Ale zanim zacznę się chwalić pięknymi leszczami w siatce muszę mieć dobre, a nawet więcej bardzo dobre miejsce. W dalszym ciągu radzę wybierać północne, czyli najdłużej nasłonecznione strony jeziora. Bardzo głodne i wypoczęte leszcze po tarle nie mają wcale ochoty do rycia kilkudziesięciu hektarów dna jeziora po to żeby przypadkiem znaleźć coś na „ząb”. One doskonale wiedzą gdzie szukać łatwego i obfitego stołu. Jeżeli północna linia brzegowa jeziora jest długa, chociaż tak na dwa, trzy kilometry, to bez problemu można o świcie przy bezchmurnym niebie wzdłuż całego brzegu zobaczyć przewalające się stada leszczy kilkadziesiąt metrów od brzegów. A tuż po wschodzie słońca ogromną pianę z bąbli na powierzchni pozostawioną po żerujących leszczach kilka metrów od pasa trzcin. Ale co do jednego mogę zapewnić, że nigdy leszcze nie będą żerowały wzdłuż całego takiego pasa linii brzegowej. Dokładnie wybierają sobie tylko bardziej strome spady i wcale nie z mulistym dnem. Dla tych ryb ważne jest teraz łatwe zdobycie pożywnego pokarmu. A tylko tu mogą małym nakładem wysiłku pojeść racicznice, chruściki i wiele innych larw przyklejonych do zatopionych kołków, gałązek czy nawet kamieni… a ja im to ułatwiam dzięki smrodkowi.
Wystarczy, że wysonduję na takim spadzie 6m to już mogę zacząć sypać. Z doświadczenia wiem, że są to trasy wszystkich roczników leszczy różnice są tylko w głębokości. Dlatego teraz potrzeba ogromnej cierpliwości, bo miejsca takie wymagają dłuższego nęcenia często nawet do tygodnia zanim te większe oswoją się z głębokością, na której są dokarmiane. Błędem jest sypanie od pierwszego dnia grubą zanętą – makaron, ziemniaki… z myślą, że uda się znęcić duże sztuki w krótkim czasie. Wyobraźnia, o której tak często piszę jest na pewno bardzo ważna dla wędkarza, ale czasami warto też być rozsądnym. Nigdy przecież nie wiemy dokładnie, kiedy i na jakiej głębokości przepływać będą duże leszcze. Najlepiej zawsze zacząć na początku od drobniejszej zanęty. Kasza jęczmienna, pęczak, płatki owsiane i stopniowo z dnia na dzień dodawać coraz więcej łubinu, grochu, makaronu czy ziemniaków oczywiście dobrze zaprawione zapachem. Ważne żeby tego wszystkiego było dużo i z dnia na dzień coraz więcej. Jeżeli w ciągu tego pierwszego tygodnia zacznę łowić leszcze powyżej kilograma to boże kochany życzę każdemu przeżycia takich wrażeń na bacie. Ale prawdziwe gięcie bata nastąpi w drugim tygodniu, gdy zacznę już na haczyk zakładać makaron.  
Lecz tu już będzie potrzebny trochę mocniejszy zestaw. Oczywiście w granicach rozsądku to znaczy żeby zestaw nie był mocniejszy od kija. Główna żyłka 0,18 z przyponem 0,16 w zupełności wystarczy żeby wyholować i ponad dwu kilowca. Spławik jaki używam to typowo  leszczowy wagller 4 do 6gr. Najważniejszym elementem zestawu jest haczyk powinien być oczywiście dość duży przystosowany do wielkości makaronu, ale najważniejsze żeby był cienki. Bo tylko taki haczyk może odpowiednio wbić się w pysk leszcza przy bądź, co bądź nie za sztywnych batach. Myślę tu oczywiście o bacie dostępnym cenowo dla każdego wędkarza. Sam używałem kija 7m przy c. w. 5-20g fakt, że większy leszcz robi z takim kijem co chce, ale i to oto chodzi. I jeszcze nie zdarzyło mi się żeby leszcz dobrze zacięty zerwał mi zestaw lub poważnie uszkodził kija  
Jeżeli jednak jest ktoś na tyle odważny, kto lubi poważne wyzwania, to proponuję zmierzyć się z leszczami pływającymi w toni jeziora daleko od brzegów. Oczywiście łowiąc z łodzi na bata. Wcale nie jest to tak niewygodne łowienie jak wielu uważa, ale tych przeżyć nie trzeba będzie nigdzie zapisywać, bo do końca będziemy je opowiadać z drżącymi rękami. Dlaczego? a dlatego że wcale do rzadkości nie należy zahaczenie leszcza powyżej trzech kilo w takich miejscach i tak blisko łodzi. Na mojej, siedmiometrowej tyczce mam ustawiony grunt około 5m i gdy podczas mojego tradycyjnego łowienia leszczy z łodzi zobaczę podejrzane bąbelki przy łodzi od razu zarzucam tu zestaw na tyczce. Tu nie obawiam się o drobnice, dlatego mogę na haczyk założyć białe robaki. I gdy spławik lekko zaczyna się unosić chętnie bym się przeżegnał i to lewą ręką, bo prawa jest już sparaliżowana na kilu. Instynktownie wiem, co może nastąpić po zacięciu. Potworne zahamowanie i po sekundzie krótki odjazd, podczas,, którego większa połowa kija jest pod wodą wygięta do granic wytrzymałości. I to jest to!!!
Co takie leszcze robią tak blisko łodzi? Ja ich tu świadomie nie zanęcam, ale po wielu dniach łowienia i nęcenia w tym samym miejscu na jeziorze zawsze część mojego futru rozsypuje się blisko łódki. A w moim przypadku jest tego wcale nie mało. Bo moja zanęta jest przeważnie dość luźna, a do tego, gdy wrzucam do wody groch czy makaron to sporo tego spadnie tuż przy łodzi. Na efekty nie trzeba długo czekać, a po kilkunastu dniach stare wyrośnięte leszczyska będą jadły prawie z ręki.
                                                                                                  Bogdan Barton

Nie możesz dodać komentarza.
Tylko zalogowani użytkownicy mogą komentować ten wpis.

  Wyświetlanie: od najstarszego | od najnowszego